Strona główna

Biografia

Filmografia

Z prasy

Inne

Opowiadania

Linki

Kontakt


Andrzej B. Czulda

- Inne -

 

Andrzej B. Czulda "ZA KURTYNĄ PAMIĘCI"
Wydawnictwo: Muzeum Kinematografii w Łodzi - 2014
Projekt okładki, tekst, zdjęcia: Andrzej B. Czulda

 

Za kurtyną wieczności.

Na taką książkę czekaliśmy od dawna. My przewodnicy i wszyscy miłośnicy łódzkiej historii żyliśmy nadzieją, że ktoś ją napisze. Ogrom nazwisk i problemów z ustaleniem szczegółów życia wielu osób spoczywających na Starym Cmentarzu odsuwały te pomysły na bezpieczną odległość. Pytania o książkę powracały podczas dorocznych kwest i w trakcie wycieczek po cmentarzu.
Dziś możemy odetchnąć z ulgą, otrzymaliśmy tak potrzebny opis cmentarza wzbogacony setkami pięknych zdjęć i planami kwater, jego autorem jest Andrzej B. Czulda, uznany łódzki filmowiec dokumentalista, który wyręczył historyków i przewodników i przygotował znakomity przewodnik po wielowyznaniowej nekropolii. Przypomniał w nim ponad siedemset nazwisk łodzian, którzy swoją pracą, dorobkiem naukowym i artystycznym, działalnością społeczną, bohaterstwem zasłużyli na pamięć. Doskonały układ oparty na podziale na kwatery, z cyfrowymi oznaczeniami mogił ułatwiają dotarcie do wszystkich opisanych w tekście postaci. Wybór nazwisk jest wyborem autorskim, można do niego dopisać jeszcze wiele sylwetek, ale to temat na kolejny tom przewodnika, bo historia cmentarza nigdy się nie kończy…
Książka Andrzeja B. Czuldy jest takim właśnie pochyleniem głowy nad pomnikami i sylwetkami ludzi, którzy tworzyli historię Łodzi. Trzeba w tym miejscu przypomnieć, że w dorobku autora znajduje się również dokumentalny film „Nekropolis. Łódzkie trójprzymierze cieni” (2009 r.), który wydobył wiele tajemnic i ukazał w nastrojowy sposób najstarszą nekropolię miasta. Jako załącznik do przewodnika, wzbogaca znacznie jego papierową treść i jest „haczykiem” dla osób, które cmentarza jeszcze nie odwiedzały. 

Ryszard Bonisławski

 

Książka, którą udało się oto doprowadzić do szczęśliwego finału, jest zarówno dla autora jak i wydawcy rodzajem ścieżki obok głównego traktu. Muzeum Kinematografii w Łodzi zajmuje się przede wszystkim dokumentowaniem, gromadzeniem, ochroną narodowego dziedzictwa w obszarze szeroko rozumianej kultury filmowej. Publikowanie efektów tych działań jest naturalnie jednym z najważniejszych zadań statutowych, ale przewodnik po cmentarzu nawet przy bardzo szerokiej interpretacji dziedzictwa filmowego jest jednak działaniem odrobinę pobocznym. Jeśli więc zdecydowaliśmy się na podjęcie tego wyzwania, zrobiliśmy to z kilku powodów. Z pewnością nie bez znaczenia jest tu „filmowy” rodowód książki oraz fakt, że leżący u jej genezy film powstał z niewielkim koproducenckim wsparciem muzeum. Autora zaś łączą z nami więzi profesjonalne: jako reżyser filmowy (i łodzianin) ma zawsze otwarte drzwi do muzeum, jako członek Stowarzyszenia Filmowców Polskich bierze udział w pracach Rady Muzealnej, jako ekspert uczestniczy w zespole realizującym nasz Festiwal Mediów „Człowiek w Zagrożeniu”.

Subiektywny przewodnik po Starym Cmentarzu przy ul. Ogrodowej w Łodzi powstał w pewnym sensie jako działanie towarzyszące realizacji ukończonego w 2009 roku filmu dokumentalnego Nekropolis. Łódzkie trójprzymierze cieni. Jego twórca Andrzej B. Czulda, uznany reżyser dokumentalista, dojrzewał do decyzji o stworzeniu tego popularnego w zamyśle przewodnika wraz z postępem prac nad filmem. Najpierw wykonał olbrzymią dokumentację foto- i faktograficzną, potem – już w trakcie prac nad ostatecznym kształtem obrazu filmowego z żalem musiał rezygnować z wielu zarejestrowanych materiałów. Kino podporządkowane jest ograniczeniom, wśród których czas projekcji jest czynnikiem warunkującym ilość pokazanego materiału. Więc kiedy obejrzał to, co nie zmieściło się w zmontowanym obrazie, zdecydował się na wykorzystanie części materiałów w publikacji. Która naturalnie nie jest papierową wersją filmu, jest przewodnikiem w najbardziej tradycyjnym ujęciu. Doszło bardzo dużo nowych zdjęć, które sam musiał (chciał!) wykonać, wybierając dogodne i atrakcyjne dla ekspozycji pory roku i dnia, mając nadzieję, że jego punkty widzenia zechcą podzielić potencjalni odbiorcy książki. Na których mógł liczyć, bo w czasie spotkań autorskich po pokazach filmu był zachęcany do kontynuowania tematu, wielokrotnie też spotykał się z pytaniem o przewodnik po cmentarzu, taki „dla wszystkich”, który w prosty, przystępny i popularny sposób dosłownie pokaże jego urodę i przybliży niektóre przynajmniej postaci tam pochowane. Wybór prezentowanych nagrobków i sylwetek jest w pełni wyborem autorskim. Są więc takie, które artyście wrażliwemu na kształt, barwę, nastrój wydały się dostatecznie atrakcyjne, aby wydobyć je z masy pozostałych. Są te ważne dla historii Łodzi i historii Polski, jak choćby nagrobek kapitana Pogonowskiego, postaci ulubionej przez autora, któremu poświęcił jeden ze swoich wcześniejszych filmów (Stefan Pogonowski, 2002), wreszcie postaci ludzi kultury i sztuki, artystów plastyków, aktorów, twórców filmowych. Książka od początku była swego rodzaju wewnętrznym przymusem, dziełem w dosłownym znaczeniu autorskim. Andrzej B. Czulda wymyślił koncepcję i układ książki, wykonał kilkaset zdjęć nagrobków (niemal 400), detali i zdjęć ogólnych cmentarza (między którymi są też zdjęcia lotnicze), opracował i przygotował opisy. Opracował indeksy nazwisk, których nagrobki znalazły się w książce, dodał też kilka suplementów, które mogą (choć nie muszą) zapowiadać ciąg dalszy. I tak po zakończeniu prezentacji części katolickiej autor umieścił dodatkowo ok. 200 nazwisk osób ważnych dla historii Łodzi (z podaniem kwater), każde nazwisko uzupełnione zostało o podstawowe, bardzo krótkie informacje, które pozwalają na identyfikację osób a także wskazują na ich zasługi czy znaczenie. Opisowa (prezentacyjna) część przewodnika kończy się zdjęciami (ponad 100) wybranych nagrobków, które nie zostały opisane w treści. Każda ilustracja oczywiście z podpisem i numerem kwatery, więc też łatwa do odnalezienia w przestrzeni cmentarza. I na samym końcu obszerny fragment związany z filmem Nekropolis. Są tu kadry i zdjęcia robocze z realizacji, jest literacki komentarz autorstwa Zdzisława Szczepaniaka, znanego w Łodzi dziennikarza, publicysty, poety, scenarzysty, trochę aktora, a przede wszystkim autora komentarza do filmu i autora wspomnień „Na łasce X Muzy”. Z tej właśnie książki przytoczone zostały obszerne fragmenty opisujące powstawanie filmu. To wszystko przygotował jeden człowiek, bezinteresownie. A raczej dokładając do tego interesu, bo czas to pieniądz. Kosztów innych, takich jak energia elektryczna (komputer, internet), drukarka, oprawa introligatorska chyba nawet nie zauważył. Następnie opracował graficznie i złożył materiał w taki sposób, że po wydrukowaniu można było zobaczyć przyszłą książkę. I rozpoczął szukanie wydawcy albo przynajmniej środków na jej wydanie, a choćby i jakiejś najmniejszej nawet kwoty, która pozwoliłaby na kontynuowanie przedsięwzięcia. Przy okazji zrobił coś, co można nazwać wstępnym badaniem rynku. Usłyszał wiele dobrych, pochwalnych recenzji i ocen od ludzi najbardziej zainteresowanych: miejskich przewodników, administracji cmentarzy, miłośników Łodzi, antykwariuszy i księgarzy. Wszyscy jednym głosem domagali się publikacji przewodnika!

Vox populi, vox Dei. Staramy się nie zawieźć przyszłych czytelników, choć teraz dopiero pojawia się niepokój. Niepokój wydawcy wynika przede wszystkim z faktu, ze weszliśmy na grunt dla nas nowy. Nieźle już zagospodarowany edytorsko z monumentalną monografią Jana Dominikowskiego Nekropolia Łodzi wielkoprzemysłowej (Łódź 2004), która jest niedościgłym wzorcem naukowego opracowania sztuki Starego Cmentarza, jak i pomniejszymi drukami i druczkami (np. doroczne sprawozdania Towarzystwa Opieki nad Starym Cmentarzem przy ul. Ogrodowej w Łodzi informujące o renowacji zabytkowych nagrobków). Szczególne obawy o odbiór tego przewodnika wynikają też z faktu, że w Łodzi wszyscy kochają Stary Cmentarz, wszyscy go odwiedzają, wszyscy biorą, przynajmniej raz w roku, odpowiedzialność za jego materialny kształt. A nasza książka powstawała wprawdzie w określonym kontekście, ale autor obył się bez konsultacji, nie pytał o dobór obiektów, nie zwracał też uwagi na ewentualne sugestie i sympatie. Pozostał sam dla siebie autorem i autorytetem. Może dlatego tak trudno było (i jest) zdobyć środki na jej wydanie, ale też dzięki temu pozostajemy niezależni, nieskrępowani układami i zobowiązaniami: autor i wydawca. Teraz już tylko pozostaje nadzieja, ze ta peregrynacja przez cmentarz będzie dla wielu czytelników świeżym odczytaniem przeszłości.

Mieczysław Kuźmicki
Dyrektor Muzeum Kinematografii w Łodzi

 

  

Zdzisław Szczepaniak „NA ŁASCE X MUZY”
Wydawnictwo  Literatura.  Łódź - 2011
 

W „NA ŁASCE X MUZY” autor sięga wspomnieniami do dawnych filmowych przeżyć i przygód odbywanych głównie pod patronatem Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi. Z humorem i autoironią, opowiada o swoich pełnych tremy „aktorskich” próbach, o tajemnicach i zagadkach filmowego planu oglądanego okiem statysty i zafascynowanego kinem amatora. 
To bardzo osobiste, amatorsko-reporterskie spojrzenie sprawia, że wiele dziejących się na tym planie wydarzeń możemy zobaczyć w nieprofesjonalnym, ale właśnie dlatego niebanalnym i ciekawym oświetleniu. Obejmuje ono także postacie licznych i wybitnych, aktorów tak chętnie współpracujących niegdyś z „Wehikułem czasu”: edukacyjno-historycznym programem filmowym, który – dzięki emisji w 2 programie TVP i TV Polonia – przez kilka lat cieszył się wielkim powodzeniem. I to nie tylko wśród młodych widzów, ale także ich nauczycieli, rodziców, a nawet osób bardzo poważnych i całkowicie bezdzietnych.
Tą kolejną – tym razem „filmową” – wędrówką w przeszłość Zdzisław Szczepaniak składa także serdeczne podziękowania za współpracę, przyjaźń i tolerancję tym pracownikom X Muzy i słynnej łódzkiej „Oświatówki”, dzięki którym wieloletnia podróż autora – od „wyrzutka” do „Gigabajta” – stała się jednym z jego najciekawszych życiowych doświadczeń. 

Spis treści

str. 4        „Wyrzutek”  to brzmi…
str. 6        C z ę ś ć   I
str. 6        MUZO – RATUJ!
str. 7        Wszystko zaczęło się od…
str. 10      Prostym statystą będąc…
str. 14      Ubiły człowieka..!” 
str. 17      Zostaniesz… neandertalczykiem!
str. 20      Galopem przez historię
str. 26      Na pożegnanie… sutanna!”
str. 30      Nie strzelać do lektora!!
str. 34      Z fabrykantami na „ty”…                                                                
str. 39      C z ę ś ć   II                                                                                                                      
str. 39      Z „MĄDRALĄ” PRZEZ STULECIA
str. 40      Einstein by się uśmiał…
str. 43      Komputer, czyli… głowa mała!
str. 46      Narodziny „gigabajta”
str. 49      Kolejka do Hollywood
str. 52      Zaczęliśmy od… lipy
str. 54      Profesor… to brzmi…
str. 57      Hamlet, druh Warneńczyka
str. 61      W Książu na murze… ryzyko  duże!
str. 64      Ostatni uczeń Puchalskiego
str. 66      Jak czas noże w nożyczki zamienił
str. 70      Ptak ptakowi – nie dorówna…
str. 72      Do kogo ta mowa – czyli… samotność Gigabajta
str. 74      Ostatnie lądowanie…
str. 80      „ Pekin” pod Wawelem!?
str. 84      C z ę ś ć   III
str. 84      INTERMEDIUM
str. 85      Kresy nad Łódką – czyli
str. 85      „Film”, którego nie było…
str. 91      Złote myśli na czarnym tle…                                                        
str. 97      C z ę ś ć   IV
str. 97      NEKROPOLIS
str. 98      Miły zakątek na kres… i początek
str. 102    „Krakus znad Łódki”
str. 102    i…  „Bajki z „Krainy pieców”
str. 105    „Złom żelazny”  i… „Trójprzymierze cieni” 
str. 112    Północ minęła... zaczynamy!
str. 115    Finis Coronat Opus
str. 119    EPILOG
   

PROSTYM STATYSTĄ BĘDĄC…  
Dzięki tej „filmowej” dygresji zbliżyliśmy się już nieco do łaski, jaka spotkała mnie ze strony bogini zapowiedzianej w tytule tych wspomnień. Zanim jednak wyjaśnię jak doszło do tego, że dostrzegła mnie (amatora, laika, ignoranta i profana) i zechciała wyrazić  zainteresowanie moją skromną osobą, muszę wspomnieć, że już wcześniej – i na własną rękę – wcielałem się w różne „role” wynikające z moich reporterskich potrzeb, zainteresowań i ambicji. I tak na przykład: 
- Sprawdzałem siłę grawitacji, czyli ziemskiego przyciągania (a głównie swoją odwagę) jako skoczek spadochronowy
- W pożyczonym mundurze udawałem oficera m/s „Oleśnica”
 
- Na Bałtyku sprawdzałem predyspozycje do samotnej żeglugi. 
- Na arenie corridy w mieście Malaga wczuwałem się – ze szpadą i muletą w ręce – w rolę  torreadora
Naśladowałem także Krzysztofa Kolumba płynąc jego atlantyckim szlakiem pod żaglami małego jachtu, aby OSOBIŚCIE odkryć Amerykę. Zdarzyło mi się również  zmienić płeć. Było to podczas ceremonii chrztu morskiego na „Pogorii”, kiedy to zostałem żoną Jego Królewskiej Mości Neptuna, czyli Amfitrytą.
Ponadto jako „polarnik” – członek załogi s/y „Pogoria” – wypatrywałem gór lodowych, wielorybów, słoni morskich, albatrosów oraz orek i pingwinów podczas rejsu do polskiej bazy antarktycznej na samym dole globusa.
W tym miejscu muszę się pochwalić, że poza porcją zdjęć i kupionym w Hamburgu, w drodze powrotnej, pudłem proszku do prania „Omo” (starsi czytelnicy wiedzą doskonale jakim rarytasem był taki proszek wiosną 1980 roku) przywiozłem z rejsu „Pogorią” na koniec świata coś jeszcze. Tym cennym łupem z podróży było spore (2 metrowe!) żebro wieloryba, targane przeze mnie z końca świata jako:  a/ pamiątka; b/ dodatek do pożywnej „zupy z wkładką” c/ zabezpieczenie kaloryczne na ewentualne ciężkie czasy. Nadeszły one zresztą szybciej niż myślałem, bo już w kilka miesięcy po moim powrocie z Antarktyki, ale niekoniecznie z tego właśnie powodu…

*                                            *                                            *

W sumie wspominam moje dawne „przedfilmowe” role z dużym sentymentem, a nawet nostalgią. W tym miejscu zwierzeń kusi mnie, by westchnąć głęboko i naśladując (oczywiście nieudolnie) Marylę Rodowicz zaśpiewać za jej przykładem: „Ale to już było i nie wróci więcej…” Po tej inwokacji mogę już westchnąć ponownie i cofnąć się do lat, w których moim pierwszoplanowym zajęciem stała się – trudno powiedzieć, że planowana lub wymarzona – „rola” bezrobotnego żurnalisty. Wiązała się ona z nieustannym szukaniem jakiegoś źródła zarobku (czyli grosiwa na życie), bez którego wszelkie odwiedziny w sklepach – głównie spożywczych – nie miały sensu.
To właśnie wtedy, kiedy sprzedaż książek z domowej biblioteki dawała dochód wątły, albo żaden, a widoki na stałe zatrudnienie zaszły mgłą rozpostartą przez stan wojenny, przyszła mi ze swoją pierwszą  pomocą Jej Filmowa Wysokość:  X Muza.
Muszę tu koniecznie zaznaczyć, że na wiele lat przed powstaniem „Aktorów prowincjonalnych” „Człowieka z żelaza”, „Matki królów”, czy „Przesłuchania”  muza ta miała dla mnie twarz Vivien Leigh, Marilyn Monroe, Natalii Wood, Romy Schneider, a potem Meryl Streep. Dopiero później, po roku 1981, jej uosobieniem stała się dla mnie także Halina Łabonarska, Magda Teresa Wójcik, Krystyna Janda… Z czasem jednak X Muzę przestały reprezentować w moim życiu aktorki, których role poruszały serce i pobudzały wyobraźnię, a w ich miejsce pojawili się ludzie, którzy występowali w jej imieniu w sposób, który do dziś dnia każe mi bardzo serdecznie wspominać ich życzliwość i odwagę.
Cechy te posiadało np. kilku moich znajomych zatrudnionych w Okręgowym Przedsiębiorstwie Rozpowszechniania Filmów, czyli instytucji, od której zależało czy i jakie filmy pojawią się na ekranach.  Od czasu do czasu dzięki tym kontaktom mogłem zdobyć parę złotych występując w łódzkich kinach jako lektor list dialogowych, czyli robiąc to samo, co robią teraz lektorzy wyświetlanych w TV filmów obcojęzycznych. Sympatyczne to zajęcie znajdowałem jednak z trudem ponieważ ówcześni decydenci, sprawujący władzę nad takimi przestępcami jak ja, wychodzili z założenia, że moja lektorska obecność w kinie jest nie tylko niewskazana, ale wręcz niedopuszczalna i groźna. Dlaczego? Wyjaśnienie jest proste i przekonywujące.
Otóż w ciemności kinowej sali i w czasie projekcji mógłbym przecież (drań jeden i podlec!) – zamiast kwestii  Sylwestra Stallone, czy Kirka Douglasa –  palnąć własną mówkę podrywającą sojusze, zaufanie do „ludowej” władzy, a nawet zakpić  z jej sługusów i popleczników. Na takie zaś niebezpieczeństwo i „szarganie świętości” nie można było przecież pozwolić. I nie pozwalano – wydając stosowne zakazy. Mimo to, dzięki wspomnianej odwadze zatrudnionych w OPRF-ie  „ludzi kina”, udawało się znaleźć nieraz takie miejsca i seanse, gdzie bezkarnie (ale, niestety, bardzo rzadko) mogłem przekazywać widzom wszelkie, czułe lub brutalne, treści filmowych dialogów. I pobierać jeszcze za to wynagrodzenie.
W owym czasie pisywałem także czasem komentarze do filmów przyrodniczych produkowanych w jakże zasłużonej dla kultury polskiej Wytwórni Filmów Oświatowych w Łodzi, do której to nazwy w jakiś czas później dołączono także Programy Edukacyjne. W owych tekstach, pisanych z dużym zaangażowaniem, staraniem i ambicją nie wysmętniałem się naturalnie o paltach i pałaszach, ale podziwiałem i propagowałem nieporównywalne z niczym uroki  polskiej fauny i flory. To, że mogłem o tym wszystkim pisać (i dzięki temu zarabiać na życie)  było dziełem życzliwości i opieki, z jaką spotkałem się ze strony trzech uroczych redaktorek WFO: Teresy Oziemskiej, Wiesławy Torzeckiej i Elżbiety Dreckiej.
To one były także pierwszymi słuchaczkami pisanych wówczas przeze mnie i anonimowo kolportowanych „PODZIEMNYCH PTAKÓW”, czyli – jak to się wówczas mówiło: „bibuły” – mającej w tym wypadku formę „zakazanych wierszy i piosenek”. Dodam, że owym „podziemnym ptakom” udało się wyfrunąć na wolność i oficjalnie  (tj. w formie tomiku poetyckiego) dotrzeć do czytelników dopiero po wielu, wielu latach, bo w roku 2008… Wróćmy jednak do dawnych „wojennych” czasów, kiedy to wspomniane wyżej panie – znając moją sytuację życiową – wyszukiwały dla mnie wszystkie możliwe okazje do zarobienia piórem paru groszy i rekomendowały coraz to nowym reżyserom, jako gościa, który „nie dosyć że nabrał profesjonalnej wprawy jako autor komentarzy, to jeszcze – gdy trzeba – potrafi dzisiaj pisać  „na wczoraj”.
Przyznam, że takie stawianie sprawy zmuszało mnie do maksymalnego wysiłku i niezwykłej twórczej wydajności, ale jednocześnie pozwoliło mi lepiej poznać świat filmu dokumentalnego i wielu jego wspaniałych twórców, którzy rozsławili imię łódzkiej „Oświatówki” w Europie i szerokim świecie. I tak np. dane mi było pracować w tamtych latach na zlecenie i pod kierunkiem takich mistrzów krótkiego metrażu i dokumentu jak: Bolesław Bączyński, Jerzy Bezkowski, Janusz Czecz, Hanna i Antoni Gucwińscy, Wanda Jabłońska, Ada Jaskólska, Witold Jastrzębski, Zbigniew Rybczyński, Maria Tymowska, Ryszard Wyrzykowski i wielu innych. 
To właśnie w tej, zawsze bliskiej memu sercu, placówce poznałem pewnego dnia młodego i wesołego faceta, który „kręcił” akurat na zlecenie WFO film dokumentalny i potrzebował komentatora, co to da radę („Najdalej na jutro!”) przygotować tekst  potrzebny „właściwie na wczoraj”. Polecono mu mnie, zrobiłem co trzeba było, a mój zleceniodawca odwdzięczył mi  się wkrótce w sposób, który na długie lata zmienił moje życie. Facet nazywał się Kolski. Jasiek Kolski. Dziś jest on twórcą wielu znanych i nagradzanych filmów, a także autorem paru ciekawych książek, czyli  PANEM REŻYSEREM JANEM JAKUBEM KOLSKIM. Oczywiście ja tak do niego nie mówię, ale co wolno wojewodzie…
Otóż Jasiek K. usłyszawszy o moich problemach z gotówką na mleko dla dziecka, buty dla jego mamusi oraz na fryzjera dla mnie (miało się wówczas ten bujny zarost, oj miało…) oświadczył, że załatwi mi statystowanie w filmach, co wzbogaci nieco zawartość mojego portfela, a przy okazji  podniesie na wyższy pułap słabnące aktywa u małżonki. Przyszły twórca „Pornografii” (tej według Gombrowicza naturalnie) nigdy nie rzucał słów na wiatr (Przynajmniej wtedy tak było. Głowy nie dam co teraz obiecuje panienkom...) toteż wkrótce stanąłem na planie filmowym jako „RYCERZ VII w „obrazie” reżyserii Marka Piestraka pod tymczasowym tytułem „PRZYŁBICE I KAPTURY”.
Cieszyłem się z tego awansu jak dziecko. Dlaczego „awansu”? Otóż moją  pierwszą okazją do sprawdzenia się w roli statysty filmowego było dostanie się (przed wielu laty naturalnie), czyli w bardzo młodzieńczym wieku, na plan „Krzyżaków”, gdzie zostałem „obsadzony” w jakże ważnej roli podręcznego pazia księżnej mazowieckiej. Przykazano mi surowo, abym stał w jej pobliżu z jakąś misą, czy tacą, nie ruszał się i – broń Boże! – nie wydał z siebie żadnego głosu. Debiut wypadł pomyślnie, a ja – ku radości własnej oraz rodziny i szkolnych kolegów – zobaczyłem się nawet na jednym z fotosów umieszczonych przed wejściem do, nieistniejącego już dzisiaj, kina „Wisła”.
Na rycerskiej roli u Marka  Piestraka nie skończyła się jednak moja kariera „statysty z cenzusem” ponieważ Jasiek (a od pewnego czasu „Kuba”) użył ponownie swoich  wpływów  i dnia 6 marca 1984 r. otrzymałem do podpisu umowę, w której stwierdzano, czarno na białym, że producent filmu „IDOL”, w reżyserii Feliksa Falka „powierza aktorowi, zaś aktor zobowiązuje się wykonać rolę „Nurzyński”. Tym „aktorem” miałem być ja, a kim był ów „NURZYŃSKI”, w którego miałem się wcielić już następnego dnia, dowiedziałem się po przybyciu na plan filmowy znajdujący się w jednej z łódzkich  kamienic.
Okazało się wówczas, że będę świadkiem ekranizacji (i „wykonawcą” jednej z ról!) scenariusza opowiadającego o życiu dziennikarza, którego idolem był Marek Hłasko. Szefem redakcji, który zatrudniał owego fana Hłaski był jeden z najsłynniejszych wówczas polskich czołgistów, czyli Janusz Gajos. Z tym „szefowaniem” wiązało się wkrótce jedyne pouczenie jakie mnie spotkało ze strony Pana Reżysera, ponieważ podstawowe, czyli bardzo skąpe, wytyczne do mojej „roli” otrzymałem od Pana Pierwszego Asystenta. Nie wiem, co o mnie powiedział i jak przygotował grunt pod moje występy Jasio Kolski, ale traktowano mnie należycie, to jest  tak, jakbym był aktorem profesjonalnym, który dorabia w wolnej chwili między premierą „Hamleta” i „Dziadów”, a nie pazernym na każde wsparcie finansowe, amatorem w opałach.
Oczywiście z moim prawdziwym zawodem się nie wychylałem tylko trzymałem „aktorski” fason starając się, aby owa „gra” była jak najlepsza, ponieważ  paragraf 2 podpisanej przeze mnie „Umowy z aktorem”  przypominał w sposób zdecydowany:

„Aktor zobowiązuje się wykonać powierzone mu dzieło sumiennie, ze starannością, jakiej wymaga zakres roli oraz wymagania artystyczne i ekonomiczne produkcji filmowej, stosując się przy tym do poleceń reżysera i kierownika produkcji.”

Jeśli chodzi o powierzone mi „dzieło” to uzyskałem informację iż asystować będę przy scenie, w której fan Hłaski (czyli aktor Krzysztof Pieczyński) zabarykadował się w gabinecie redaktora naczelnego, a ten w towarzystwie  innego żurnalisty (czyli właśnie owego „Nurzyńskiego”) próbuje odbić swoją siedzibę i usunąć z niej z lekka „nawiedzonego” pracownika. Rolą moją było pomagać naczelnemu w tych bezskutecznych staraniach, a na koniec dać znać – głosem i gestem – że kolega redaktor być może w desperacji poderżnął sobie żyły.
Słuchałem tych wytycznych z uwagą, kiwając głową w sposób mający sugerować nie tylko rozumienie tego, co się do mnie mówi, ale i pełny profesjonalizm. Po krótkich przygotowaniach usłyszałem magiczne słowo: „Akcja!” i Szczepaniak z Gajosem (sorry, Gajos ze Szczepaniakiem) zaczęli walić w drzwi. Mój nowy „naczelny” długo i bezskutecznie przekonywał upartego gówniarza, żeby mu wylazł z gabinetu, aż wreszcie nadszedł moment, w którym i ja mogłem dać głos:
- „Szefie, coś mi się wydaje, ze on to chyba tego… „ – mówiąc to zrobiłem po nadgarstku wymowny ruch dłonią trzymającą niewidoczną żyletkę.
Moim skromnym zdaniem scena wypadła znakomicie, ale wówczas wtrącił się, oceniający czujnie całą sytuację, Reżyser:
- „Chwileczkę  - powiedział – będziemy musieli to ujęcie powtórzyć. – I zwracając się do mnie z lekkim grymasem niezadowolenia zapytał:

- Dlaczego pan się zwraca do naczelnego „Szefie”? Przecież tak się nie mówi, to źle brzmi…

I co miałem począć? Ujawnić się jako dziennikarz, który tak właśnie, czyli przez lat dwadzieścia, mówił do swego Szefa, czy też nadal udawać aktora nie znającego redakcyjnych realiów. Wybrałem oczywiście wersję drugą. Przytaknąłem pokornie i na wszelki wypadek mój udział w akcji pod drzwiami ograniczyłem do westchnienia, zdumionej miny i owego śmiercionośnego gestu… Scena została zaliczona.
W przerwie podszedłem do Gajosa przyznając się po cichu do prawdziwej profesji i tłumacząc z owego nawykowego „szefowania”.
- „Wie pan, nie jestem aktorem, ale dziennikarzem i powiedziałem tak odruchowo.  Przyzwyczaiłem się do tej formy przez 20 lat, to znaczy do chwili kiedy mnie wyrzucono z redakcji…”

- Tak… A za co? –
zainteresował się grzecznościowo słynny już wtedy aktor.

- Za to, że nie polubiłem stanu wojennego, proszę pana. Ale takich jak ja było wtedy wśród łódzkich dziennikarzy wielu. I większość  wyleciała z roboty na zbity…

- Co pan powie?
– przerwał mi pytaniem mój chwilowy redaktor naczelny, ale zanim zdążyłem powiedzieć coś więcej stracił nagle zainteresowanie tematem. Westchnął tylko:
- No proszę, no proszę… –
i oddalił się z miną wskazującą na jakieś ważne sprawy, które wzywają go pilnie na pobocze planu.

Wspomnienie to nie zmieniło oczywiście w niczym faktu iż tak jak aktor Pieczyński musiał udawać na planie fana Hłaski (choć może był nim również poza planem?) tak ja nie musiałem udawać fana Janusza Gajosa i pozostaję nim do dzisiaj. A kiedy los dostarczy mi okazji do jeszcze jednego spotkania rozpocznę je na pewno kwestią:

- Dzień dobry szefie! To ja – pański dawny  pracownik. Pan mnie oczywiście nie pamięta, ale niech mi pan wierzy, że takiego szefa – pardon – redaktora naczelnego, jak pan nie zdarzyło mi się już mieć nigdy w życiu…

 *                             *                             *

A co do filmowych „szefów” – znaczy Panów Reżyserów, pod których nadzorem miałem zaszczyt udawać to i owo to naliczyłem ich siedmiu, niczym słynnych „Siedmiu wspaniałych”. Aby nie być gołosłownym wyliczę wszystkich po kolei: Ford, Piestrak, Falk, Kolski, Skrzydło, Haremski, Czulda.
O niektórych już z najwyższym szacunkiem wspomniałem. Pozostałych zacznę obgadywać już wkrótce. Ale skoro już wdałem się w tę reżyserską wyliczankę muszę przyznać, że od „Siedmiu wspaniałych” wolałbym jednak „Czterdziestu rozbójników”. Dlatego nie owijając niczego w bawełnę i nie tłumiąc szlachetnych ambicji chciałbym oświadczyć wprost:

- PANOWIE REŻYSERZY!. Jestem do dyspozycji, a więc  KTO NASTĘPNY?!

GALOPEM PRZEZ HISTORIĘ
Reżyserski plan wykorzystania mojej obecności na planie „w sposób wielokrotnie różnorodny” sprawił, że dzięki temu zaznałem takiego zainteresowania ze strony pań o jakim dotąd mogłem jedynie tylko marzyć. Zresztą na planie filmowym nie takie marzenia się spełniają. Żeby uciąć od razu pieprzne domysły wyjaśnię bez zwłoki, że chodziło o troskę, cierpliwość i fantazję z jaką zajmowały się moją skromną osobą nasze charakteryzatorki (Barbara Marcinkowska i Barbara Żak) i kostiumolożki (Elżbieta Sułek i Urszula Hertel).
Byłem przez ten uroczy zespół nieustannie czesany, malowany, fryzowany, odmładzany, postarzany, przebierany, rozbierany – słowem przechodziłem metamorfozy o jakich mi się dotąd „w cywilu” nie śniło. Dzięki temu z dnia na dzień, a nierzadko z godziny na godzinę, zmieniałem wiek, karnację, kolor i rodzaj uwłosienia, a także posturę i osobowość. Od wspomnianego jaskiniowca poczynając, a na słowiańskim książęciu nie kończąc.
Pierwszeństwo jaskiniowca rozumiało się samo przez się, jako że to właśnie on i jego pobratymcy zostawili najstarsze (bo liczące ponad 200 tysięcy lat) ślady swojego osadnictwa na ziemiach dzisiejszej Polski. „Osadzali” się głównie w jaskiniach – na co znalazły się dowody w jaskini Ciemnej, Mamuciej, Maszyckiej, czy Obłazowej.
Dla mnie reżyser i scenograf wybrali mniejszą dziurę, u jej wylotu kazali rozpalić ognisko i polecili mi w niewiadomym celu tłuc kamieniem o kamień. Jedynym pocieszeniem za to poniżenie stało się dla mnie zapewnienie zawarte w wypowiedzi narratora, że ów dzikus potrafił ozdabiać przedmioty codziennego użytku, co zdaniem uczonych świadczyło iż był „czuły na piękno i wrażliwy”.
Niestety, podczas zdjęć w błocie, wietrze i chłodzie nikt jakoś nie brał pod uwagę tej mojej ważnej cechy, co zresztą stało się wkrótce codzienną praktyką i sprawiło, że z dnia na dzień zamiast przesadnej wrażliwości nabierałem dużo przydatniejszych na planie cech w rodzaju hartu ducha i wiary w nieomylność Pana Reżysera.
Cechy te przydały mi się wkrótce, kiedy w Krzemionkach Opatowskich otrzymałem polecenie przedzierzgnięcia się w pradawnego  górnika sprzed 5 tysięcy lat i wpełznięcia w podziemia wąziutkiego chodnika starej kopalni, gdzie w szczypiącym oczy blasku (!?) pochodni kułem ścianę prehistorycznym młotkiem w celu wydłubania z niej kawałka krzemienia. Zimno było wtedy i wietrznie więc bywało, że później, w scenach kiedy musiałem się uczenie wysławiać jako narrator,  język stawał mi czasem kołkiem. To wówczas opracowałem własną metodę rozluźnienia zdrętwiałych warg i języka przy pomocy masażu następującymi zwrotami:
Tabaczkawytabaczuchniczkała się… oraz Spirytusiknajwydestylowaniuchniejszy…   (...)  

(...) Po tej małej dygresji wrócę znowu na plan „Słowiańskiego świtu”, gdzie moja dykcja oraz pozycja (w ekipie i historii) poprawiła się nieco w słynnym Biskupinie, który stał się tłem dalszej filmowej opowieści snutej pod ogólnym hasłem:. „Jak to drzewiej bywało”. Kręciliśmy te kawałki w cieplejszej atmosferze, pod dachem wspaniale zrekonstruowanego „pradawnego” baraku, na „pradawnych” pryczach i przykryci „pradawnymi” skórami. Tej sztucznej pradawności „made in XX wiek” patronowali oczywiście archeolodzy, ale to nie ich zasługą było, że właśnie wtedy otrzymałem po raz pierwszy piękną filmową żonę plus dwójkę pacholąt, które szybko pokochałem jak własne.
Niestety, Jasio nie pozwolił mi się zbyt długo cieszyć bigamią i wylegiwać w biskupińskim kurorcie. Wkrótce wyruszyliśmy bowiem w dalszą drogę przez dwa tysiąclecia historii – od kultury łużyckiej do powstania zrębów państwa polskiego.
Jak wiadomo nie od razu te zręby zbudowano, toteż i mnie do momentu objęcia funkcji Piasta Kołodzieja czekało jeszcze sporo prób i przeobrażeń. Cele akcji były więcej niż szczytne, bowiem jak słusznie stwierdził kiedyś Pan Reżyser: „Być może na szlaku tej wędrówki, w kompromisie między ustalonymi metodami dokumentowania historii a potrzebami filmu, znajdziemy odpowiedź na pytanie o rodowód  naszej cywilizacji”.
Było to niewątpliwie słusznie i mądrze powiedziane, ba – ja także, jako tzw. narrator –  mogłem od czasu do czasu również dać głos i powiedzieć coś w podobnym stylu. Na ogół jednak występowałem wtedy wyłącznie jako słuchacz wywodów różnych i naprawdę bardzo mądrych profesorów, którzy opowiadali o pradawnych dziejach szczegółowo, choć niekoniecznie barwnie. Słuchałem tych wykładów stojąc i przestępując filmowo z nogi na nogę, albo też siedząc i robiąc minę pt. „Ach jakie to ciekawe!” z jednoczesnym lękiem, że ziewnę i ujęcie diabli wezmą.
Trudno mi taić, że podczas tych niemych sesji narratora z uczonymi cierpiałem strasznie. To znaczy cierpiał we mnie reporter, którego w miarę słuchania aż język świerzbił  do zadawania pytań, okazania wątpliwości lub nawet niewiedzy, a wszystko po to, by w ten sposób móc nadać uczonym wywodom charakter żywej rozmowy, a nie trochę nużącego monologu. Później, po skończeniu i obejrzeniu filmu na ekranie ośmieliłem się wyjawić co mi wówczas chodziło po głowie, ale wówczas – to jest na planie –  nawet bardzo koleżeńskie stosunki z Jaśkiem nie pozwoliły mi na poddanie w wątpliwość wizji reżysera. Potem Janek przyznał mi rację, tyle że było to, jak się dzisiaj rzadko mawia, „poniewczasie”…
Dużo częściej niż o przymusowym milczeniu myślałem zresztą o chwili, kiedy wyjdzie na jaw prawda o moich jeździeckich umiejętnościach, do którego to nieszczęścia było (sądząc z planu kolejnych ujęć) coraz bliżej. Na szczęście jako Celt, który wraz z licznymi kolegami pojawił się w tej części Europy, gdzieś w początkach V w. p.n. e., zaprezentowany zostałem przy ognisku, a nie w siodle, co mnie pocieszyło do chwili, gdy akcja filmu zbliżyła się do czasu najazdu Hunów i z ust narratora (znaczy moich) padło zdanie:

„Ten stepowy lud upodobał sobie konia i dokonał przy jego pomocy wielkich rzeczy, zagarniając wiele ziem i podbijając wiele ludów.”

Wkrótce po tej zapowiedzi na planie pojawiło się kilka wierzchowców dosiadanych fachowo przez kilku statystów (i jednych i drugich wypożyczono z pobliskiej stadniny). Z planu następnego ujęcia wynikało, że to wraz z nimi wejdę w skład oddziału hunopodobnych wojowników. Musiałem się do tego zadania przygotować głównie psychicznie, jako że o stosowny kostium „z epoki” zadbano już wcześniej. Po krótkiej rozterce doszedłem do wniosku, że jedynym sposobem wyjścia cało z przyszłego „jeździeckiego” ujęcia będzie naśladowanie dawnych huńskich pobratymców:
- „Ja także – tak jak niegdyś oni – muszę sobie upodobać któregoś rumaka i kto wie – pomyślałem dodając sobie otuchy – może przy jego pomocy również dokonam wielkich rzeczy? Na przykład nie spadnę na ziemię, której w żaden sposób nie pragnąłem podbijać i zagarniać.” 
Aby wprowadzić w życie ten mądry i śmiały plan wykorzystałem przerwę w zdjęciach udając się do grona stłoczonych w krzakach wierzchowców, aby wybadać, który z koników ma najłagodniejszą fizjonomię i pozwoli mi się dosiąść bez kąsania, wierzgania i tym podobnych protestów.
Powiada się – nie bez powodów – że zwierzęta czują strach człowieka i reagują na jego objawy w różny sposób. Podobno lwy i niedźwiedzie grizzli przystępują natychmiast do konsumpcji sparaliżowanego lękiem dwunożnego posiłku, ale nie bardzo wiedziałem jak zachowują się w takiej sytuacji konie? Odwracają się pogardliwie zadem, czy też może rżą po prostu ze śmiechu?  Na szczęście te, którym złożyłem wizytę były sprowadzone z zaprzyjaźnionej stadniny, a z ich spokojnego zachowania można było wnioskować, że widziały już nie takich jeźdźców jak ja. Patrzyły bowiem na mnie wyrozumiale, a jeden przytulił nawet łeb do mojego ramienia i dał się pogłaskać po aksamitnych chrapach.
Odetchnąłem z ulgą, obejrzałem mojego „mustanga” ze wszystkich stron i postanowiłem, że duchy Hunów będą ze mnie dumne. Jakoż wkrótce zostałem przyodziany po huńsku, obciążyłem sobą biednego czworonoga i  z dumą, a także z siodła (!) wygłosiłem do kamery kwestię o ciężkim życiu huńskich wojowników, którzy musieli nieraz spędzać na końskim grzbiecie wiele dni i nocy. Czy i na czym mogli potem usiedzieć, i co czuły wykorzystywane w ten sposób konie, nie mówiłem, bo tego nie było w planie.
Chętnie natomiast wyjawię jak bardzo byłem dumny z mojej pierwszej „jazdy” i jak trudno mi się było potem oderwać od mojego nowego końskiego przyjaciela. Klepałem go radośnie tu i ówdzie, ale mój zachwyt przerwał szybko Reżyser, który patrząc na te  karesy powiedział:
- Zostaw wreszcie tę kobyłę. Jeszcze się nią nacieszysz, bo pojutrze mamy scenę z księciem Wiślan, czyli twoją osobą na pierwszym planie…

*                             *                             *

Wszystko o czym napisałem do tej pory, i co nastąpiło później działo się w scenerii projektowanej przez naszego scenografa Jacka Turewicza, który umiejętnie wykorzystywał atuty pleneru i stolarsko-dekoracyjne talenty swojej ekipy. W krzakach lub na tzw. podorędziu czuwał z mikrofonami operator dźwięku Zdzisio Grzelka, który nagrywał nie tylko moje jaskiniowe wzdychania i chrząknięcia, ale także narratorskie wykłady i wspomniane „wywiady” z różnymi mądrymi ludźmi, opowiadającymi – z mniejszą lub większą swadą – o świcie słowiańskiego jutra.
W takich sytuacjach występowałem oczywiście odziany chędogo i z miną człowieka, który rozumie, co do niego uczeni ludzie mówią. Natomiast jako huncwot z drużyny Hunów, plemienny czarodziej, albo nawet kapłan przedwiecznych bóstw dostawałem ubiór i wyposażenie stosowne do  miejsca, czasu i roli. Poza przypasywaną mi do boku różną bronią białą. najbardziej podobało mi się, że do większości scen nakładano mi bujne peruki, dzięki czemu kiedy dziś oglądam zdjęcia z ówczesnych planów bardzo się sobie podobam jako młodzian (a nawet starzec) z włosami do ramion. Także i wąsy przydawały mi wspaniałego, dumnego i zadziornego charakteru, jakiego zarówno wtedy jak też i dzisiaj trudno się po mnie (na pierwszy ogląd) spodziewać.
To co wyrabiano ze mną – i co ja wyrabiałem wcielając się wówczas w przeróżne i obiecane mi przez Janka Kolskiego postacie i sytuacje – fotografował operator Piotr Lenar, a nad całością czuwał wspomniany Pan Reżyser, który nie ochrzaniał mnie nigdy… Co najwyżej odwracał wzrok, a nieraz i całe ciało, kiedy moje popisy wprowadzały go w stan frustracji i nie zawsze wiedział, czy ma się śmiać (ze mnie), czy płakać (nad sobą).  Na szczęście  był (i chyba jest nadal) człowiekiem pogodnym i optymistycznie nastawionym do życia i ludzi więc pracowało nam się nieźle i „efekty były”, jak mawiał czasem tajemniczo Człowiek do Specjalnych Poruczeń, czyli Asystent Reżysera.
Tą ważną adiutancką rolę pełnił wówczas u boku Janka Kolskiego Andrzej Czulda, z którym zaprzyjaźniliśmy się szybko, co on jeszcze szybciej wykorzystał do zamachu (dosłownie!) na moje życie i honor. A zamachnął się solidnie. Prawdę mówię, znaczy piszę, choć żalu z powodu tego, co się wówczas stało długo w sobie nie hodowałem, a co więcej za czas jakiś odpłaciłem Jędrusiowi pięknym za podstępne.
Do szczegółów tego wydarzenia i mojego wspaniałomyślnego rewanżu przejdę za chwilę, ale skoro już wywołałem Czuldę z lasu nad brzegiem jeziora, gdzie się krył w stroju mnisim, czyli klasztornym,  muszę od razu podkreślić, że jest to facet o aparycji św. Franciszka z Asyżu i mimo upływu lat zachowuje tę budzącą zaufanie urodę, co pomaga mu w zdobywaniu sponsorów dla swoich kolejnych filmów. Wtedy jednak, znaczy na planie „Świtu”, Jędruś  nie zdradzał się jeszcze z tymi marzeniami, natomiast jego zacny wygląd docenił natychmiast reżyser. Nikt się więc nie dziwił, że Kolski wybrał właśnie jego do roli pogromcy zapiekłego poganina, a w tym konkretnym przypadku – broniącego się przed chrztem księcia Wiślan. Jeśli o mnie chodzi to jako były ministrant nie miałem żadnych obaw przed tą ceremonią.

„- A niech mnie tam Czulda chrzci po filmowemu!
– pomyślałem. – Co to dla mnie – faceta, który poza chrztem pierwszym i niemowlęcym,  przeżył już dwa razy chrzest równikowy.  Raz  – łagodnie, bo „wodą życia” czyli Jasiem Wędrowniczkiem i bez tortur (których zabronił kapitan m/s „Oleśnica”) podczas podróży do Afryki Wschodniej. Chrzest  drugi dokonał się już w pełnym zestawie mąk i udręczeń na s/y „Pogoria” w rejsie na sam dół globusa, czyli do polskiej bazy u brzegów Antarktydy. Gwoli prawdy powinienem także wspomnieć, że grubo wcześniej poddałem się także obrządkowi chrztu zwanemu „laszowaniem”. Stosowne zabiegi odbyły się na lotnisku w Piotrkowie Trybunalskim, a polegały na waleniu w sempiternę świeżo upieczonego skoczka spadochronowego przez liczną ekipę innych skoczków obserwującą  pozytywne lądowanie kandydata do spadochronowego towarzystwa. Ów „chrzest” nie był przy tym żadnym ulgowym klepaniem dobrowolnie wypiętego zadka. Bito ostro i celnie, a wbrew oczekiwaniom najbardziej cięte i szczypiące razy wymierzały panie. Po zakończeniu ceremonii siadanie nie wchodziło w rachubę, a grymasy bólu utrwalone na zdjęciach przez jednego z fotoamatorów przypominają mi do dzisiaj, że mówienie o tzw. słabej płci jest tylko i wyłącznie poetycką przesadą. ”

Zostawmy jednak w spokoju minione cierpienia i chrzestne dygresje, by wrócić tam, gdzie czekały mnie dalsze niespodzianki i cielesne doświadczenia. Moje nowe, czyli książęce, „zadanie aktorskie” przyjąłem z tym większym zadowoleniem, że w odróżnieniu od poprzedniego i mało efektownego kostiumu jaskiniowca, górnika-niewolnika, czy konferującego z duchami przodków szamana, tym razem miałem wystąpić jak prawdziwy dostojnik – odziany w piękne szaty, czerwony płaszcz oraz odpowiednią oznakę godności książęcej na bujnej fryzurze. Zachowane do dzisiaj fotosy potwierdzają, że wyglądałem naprawdę godnie, a po dodaniu pewnego specjalnego elementu wyposażenia – naprawdę imponująco.
Co  było tym dodatkowym i niespodziewanym elementem – już za chwilę. Teraz parę słów należy się mnichowi, ponieważ ów świątobliwy jegomość, czyli Andrzej Czulda, wyglądał naprawdę bogobojnie. Zdobił go bowiem nie tylko bury habit, ale przede wszystkim siły i powagi dodawał mu wielki krzyż, którym miał pobłogosławić opornego księcia, o ile ten zrozumie, że lepiej mu będzie dać się ochrzcić po dobroci, aniżeli uzyskać status chrześcijanina w niewoli i pod przymusem.
Zgodnie z planem w scenie tej książę – czyli ja – miał podjechać do stojącego na łące zakonnika, a ów miał wykonać wspomnianym krzyżem znak dostojny i łaskawy, błogosławiąc w ten sposób książęcej decyzji zmazania grzechu pierworodnego święconą wodą.
Czas biegł, zegary tykały, słońce świeciło jak należy i z właściwej strony, a bogobojny braciszek stał już w gotowości ćwicząc pobożne miny. Jeśli o mnie chodzi to również zebrałem się w sobie, choć uczyniłem to stojąc nieco z boku, aby się nie pospolitować z byle klechą.
Czekaliśmy tylko na konia dla księcia. Jakoż za chwilę zza pobliskich zabudowań wychynął jakiś facet prowadząc za uzdę…
- Boże mój!!” – wydałem z siebie zduszony, ale należycie trwożny i religijny, okrzyk na ten porażający widok. Oto bowiem zamiast mojej kochanej, poczciwej huńskiej kobyłki wiedziono ku mnie… ogromnego, siwego ogiera.
- W sam raz koń dla księcia! – zawołał z zachwytem scenograf Jacek Turewicz.
- Dla kogo w sam raz, to w sam raz…- zasyczałem. – Tamten kary był dużo lepszy…
- Niestety – wyjaśnił wkrótce kierownik produkcji Krzysztof Sułek – tamte konie były zajęte więc zaproponowano nam tego. No i chyba Jacek ma rację, że trudno byłoby lepiej trafić…
- A żeby to trafił najjaśniejszy… - chciałem dać wyraz zaskoczeniu, ale przerwałem, bo zastanowił mnie jeszcze jeden szczegół.
- A gdzie on ma siodło? – zapytałem z lekkim drżeniem w głosie. – Znaczy nie tylko siodło, ale i strzemiona, w których można dużo wygodniej…
Zanim jednak przeszedłem do dalszych wyjaśnień na temat oczekiwanego przeze mnie większego komfortu jazdy, zabrał głos reżyser Kolski i oświadczył:
-  A po co ci siodło? Dużo fajniej będzie wyglądało, jak będziesz siedział na nim bez strzemion. Przy twoim jeździeckim doświadczeniu chyba sama uzda ci wystarczy…
Powiedział to z taką pewnością (i szczyptą uznania) w głosie, że samobójstwem byłoby mu zaprzeczyć.
Pora egzekucji zbliżała się zresztą wielkimi, to znaczy końskimi, krokami. Zwierzę było przy tym takich rozmiarów, że nie musiałem nikomu tłumaczyć iż bez życzliwej pomocy nie zdołam go dosiąść. Dzięki takiemu wsparciu znalazłem się wkrótce na grzbiecie książęcego rumaka, który zapragnął nagle pokazać wszystkim jak bardzo szlachetnej jest krwi. Tańczył bowiem pode mną ogniście przerzucając mnie z szyi na zadek i z powrotem, parskał i wierzgał, jakby nikt go dotąd nie dosiadał.
Wszystkim to się ogromnie podobało, choć na wszelki wypadek oddalili się na tzw. bezpieczną odległość, a ja coraz bardziej traciłem nadzieję, że zdołam utrzymać spokojnie to narowiste bydlę przed Czuldą, to jest mnichem, kiedy padnie komenda:  „Kamera! Akcja!”
W pewnej chwili dwóch ludzi ze stadniny, widząc co się dzieje, złapało siwka za uzdę, aby go trochę uspokoić. O uspokajaniu mnie nikt, naturalnie, nie myślał. Czulda obserwował z boku całą scenę i podśmiewał się pod wąsem. Po paru próbach i przymiarkach ogier stanął wreszcie na wszystkich czterech kopytach, kamera ruszyła, ja trzymając wodze w lewej ręce, prawą wsparłem się po książęcemu w bok i patrzyłem bez trwogi na mnicha.
Ten podszedł do nas powoli (za co mu byłem wdzięczny), stanął o dwa kroki, spojrzał karcąco i… zamiast wykonać oczekiwany przeze mnie łagodny ruch błogosławiący mnie i ogiera – machnął ku nam groźnie trzymanym w ręku krzyżem.
Tego prowokacyjnego gestu mój rumak już nie wytrzymał. Stanął dęba płosząc wrednego mnicha, ale jeszcze bardziej mnie ponieważ za chwilę zrobił ostry zwrot i skoczył w łąkę wściekłym galopem. Ja oczywiście skoczyłem wraz z nim – trzymając się kurczowo szyi, grzywy, a w ostatniej fazie lotu nawet ogona. Walczyłem o życie jak skrzyżowanie Kmicica z Wołodyjowskim, nie spadłem, uratowałem twarz, ale kiedy  szalony ogier wreszcie się zatrzymał i Andrzej ruszył ku nam z wyraźną ochotą na nowe ujęcie i powtórkę błogosławieństwa – rozdarłem się bezbożnie na całą łąkę:
- Ludzie! Weźcie ode mnie tego cholernego mnicha zanim go stratuję!
Oczywiście mogłem także zawołać: „Zanim spadnę na zbitą twarz!”, ale wolałem pokazać całej ekipie, że jako książę Wiślan mniej się liczyłem z własnym zdrowiem, a bardziej z prostym człowiekiem.
W tym miejscu powinienem także dodać, że ten pozytywny stosunek do Czuldy (połączony z wyrozumiałością dla jego gestów i pomysłów) pozostał mi również i dziś, kiedy Andrzej jest cenionym reżyserem filmów dokumentalnych. Zdarza się więc, że kiedy obaj wspominamy z humorem sytuacje na planie „Świtu” powiadam do niego łagodnie:
- Widzisz Andrzejku, gdyby nie moje świetne umiejętności jeździeckie, kto wie jakby się potoczyła twoja kariera… Mogłem cię wprawdzie łatwo stratować, ale ułaskawiając wówczas tamtego złośliwego mnicha powołałem do życia  a r t y s t ę …
A on kiwa akceptująco głową i w ramach rewanżu za moje dobre serce obiecuje mi kiedyś pierwszoplanową rolę jeźdźca w dokumentalnym filmie o słynnych Lisowczykach.

*                             *                             *

Po wygranej walce z ogierem nie dano mi już więcej szans na odniesienie kolejnego sukcesu w kawaleryjskiej  branży. Działałem spieszony i… speszony, kiedy okazało się, że wkrótce – w ramach opowieści o kulturze przeworskiej – Pan Reżyser naraił mi kolejną żonę. Była równie ładna i tak jak poprzednio, czyli za namową reżysera, a bez żadnego mojego udziału – obdarzyła mnie dwójką dorodnych pacholąt. Och, piękna to była scena, kiedyśmy zostali filmową rodziną i wszyscy czworo, stojąc nad brzegiem Bałtyku, patrzyliśmy ku zachodzącemu słońcu, oddając cześć wszelkim bóstwom ziemi nieba i morza…
Po raz trzeci Jasiek „ożenił mnie” chyba najlepiej, ponieważ umożliwił mi stworzenie całej dynastii. Jako Piast Kołodziej, z żoną Rzepichą (zasługiwała biedaczka na ładniejsze imię) oraz nadmiernie zarośniętym synem, gościłem w swojej chacie Cyryla i Metodego, którzy wystąpili w roli fryzjerów oraz proroków obwieszczających wielką przyszłość memu rodowi. 
Z tą nadzieją (i historyczną pewnością) zakończyliśmy zdjęcia do „Słowiańskiego świtu”. Jeśli o mnie chodzi to zaświtało mi wówczas (po raz pierwszy) w głowie, że aktorstwo to naprawdę fajne zajęcie. Gdyby tylko w tym celu nie trzeba było tak rano wstawać, bać się nieprzewidywalnych mnichów i ujeżdżać znienacka narowistych ogierów…

Część IV - NEKROPOLIS
MIŁY ZAKĄTEK NA KRES… I POCZĄTEK

 
(...)  Proszę jednak o skupienie i pełną  szacunku uwagę ponieważ bohaterem tego wywodu będzie… określenie: CMENTARZ.
W najbardziej popularnym i ogólnie stosowanym przypadku słowo to oznacza Miejsce Wiecznego Spoczynku tych, którzy byli przed nami, ale także nas samych (oby stało się to jak najpóźniej!) oraz tych którzy po nas nadejdą. W wersji drugiej, czyli w mojej prywatnej ocenie, uzasadnionej szczególnymi okolicznościami, ten sam, jakże smętnie brzmiący, Cmentarz (w staropolszczyźnie nazywano go zresztą słusznie smętarzem) może być  traktowany jako KOLEJNA ODSKOCZNIA DO FILMOWEJ KARIERY!
Czuję już po tych słowach (użytych bez żadnych świętokradczych założeń!) niechęć i opór czytelników, z których niektórzy gotowi są pewnie zawołać: „PROFANACJA!”
Rozumiem ten odruch, ale właśnie dała o sobie znać wyżej wzmiankowana  dwuznaczność pojęć i sformułowań. Dlatego proszę o chwilę  z w ł o k i  (oto jeszcze jedno słowo o podwójnym, czyli dwuznacznym kontekście), abym mógł udowodnić iż w pewnych sytuacjach właśnie cmentarz przynieść może  n i e b o t y c z n ą  szansę, choć i w tym wypadku po raz kolejny kłania się dualizm pojęć.
Niebotyczna szansa nie zawsze musi przecież oznaczać utorowanie drogi do nieba poprzez definitywne rozstanie się z naszym cielesnym opakowaniem, a przy okazji i z nachalnymi wierzycielami. W moim wypadku – mimo że nie tracę nadziei na żadną z ewentualnych przyszłych rajskich uciech – niebotyczna rola cmentarza oznaczała perspektywy przyziemne, czyli całkiem  doczesnego rodzaju. Na te radosne (MIMO ŻE CMENTARNE! ) rokowania składał się przecież:
- ekstra zarobek, czyli dotacja do ciągle kulejącego domowego  budżetu opartego na niewielkim „stypendium zusowskim” (jak słusznie i z właściwym sobie wdziękiem określa tę formę emeryckiej zapomogi pani Ela Czarnecka z łódzkiego Muzeum Kinematografii). 
- wzrost stopnia autooceny (chcą mnie widzieć na planie, a więc jestem jeszcze coś wart)
- ostrożne uznanie ze strony tych przyjaciół i znajomych, którzy już dawno skreślili mnie z listy osób znaczących cokolwiek i dla kogokolwiek
- większe niż dotąd poważanie u żony, dyskretny podziw sąsiadek, ekspedientek w osiedlowym sklepie, a może i własnych dzieci.
Oczywiście mógłbym tu jeszcze przytaczać i analizować mnóstwo innych aktywów wypływających z chwilowej chociażby przynależności do ludzi ze świata filmu, ale  nie chcę nikogo rozdrażniać swoją naiwnością lub budzić zazdrości, tych którym wcale nie muszę życzyć tego, co i mnie spotkało dotąd na planie filmowym. Tym bardziej, że moim nowym polem do popisu miał być film, którego akcję umiejscowiono w scenerii mogącej nie tylko aktorom-amatorom zmrozić krew w żyłach.
Jak jednak doszło do tego, że poddany zostałem takiej mrocznej i grobowej próbie? Otóż pewnego, na pozór zwyczajnego, dnia Prześwietna Filmowa Doskonałość, czyli X MUZA, uznała, że przeżyłem już sporo lat na ziemskim padole płaczu i coraz rzadszych (niestety) rozkoszy. Biorąc to pod uwagę, i honorując mój siwy włos na głowie i brodzie, doszła do wniosku iż posiadłem WRESZCIE wystarczające doświadczenie i należyte fizyczne predyspozycje, aby móc pojawić się tam, gdzie jedni dobiegli do kresu, a ja miałem szansę zaczynać od początku…
Przyznam, że to cmentarne umiejscowienie mojej skromnej osoby troszkę  mnie zdeprymowało, ale nie wpadłem w panikę ponieważ już od dawna lubię wszelkie wyzwania i preteksty do wypróbowania swoich sił mentalnych i fizycznych. Poza tym byłem winien X Muzie coś więcej niż tylko wdzięczność za dotychczasową cierpliwość i wsparcie. Uważałem mianowicie, że Tak Łaskawej Patronce należy się z mojej strony stałe i bezwzględne posłuszeństwo. Po cichutku dodam, że uległość i potulność  przydaje się także na planie filmowym. Jest bowiem mile widziana przez Panów Reżyserów, którzy taką pokorę potrafią nawet czasami docenić…
Ale – ad rem (chociaż jak twierdził St. J. Lec: „Nie wystarczy mówić do rzeczy, czasami trzeba także mówić do ludzi.”). Stanąwszy więc w pełnej szacunku postawie zasadniczej przyjąłem z powagą (i dobrze ukrywanym zadowoleniem) decyzję mojej Filmowej Patronki, która pewnego październikowego dnia Roku Pańskiego 2008 powołała mnie do pełnienia obowiązków Narratora w powstającym w Łodzi filmie dokumentalnym pt. NEKROPOLIS, a także zobowiązała do napisania komentarza uzupełniającego warstwę zdjęciową filmu. 
O tym zaszczycie, czyli komentatorsko-narracyjnych obowiązkach poinformował mnie (poznany przez czytelników już wcześniej) Andrzej Czulda – reżyser i pomysłodawca całego przedsięwzięcia. Dowiedziałem się więc, że jego nowy film poświęcony będzie dziejom i zabytkom jednej z najwspanialszych w Polsce – obok warszawskich Powązek czy krakowskich Rakowic – nekropolii. Ten wysoki status ma od dawna Stary Cmentarz przy ulicy Ogrodowej w Łodzi – jedno z najstarszych, najważniejszych, ale i najpiękniejszych miejsc Wiecznego Spoczynku mieszkańców miasta nazywanego, nie tylko przez filmowców, Ziemią Obiecaną.
Stawiane przede mną zadanie było tego typu iż po tej rozmowie prawie natychmiast dostałem dreszczy i to zarówno z tremy, jak też z dobierającej się do mnie coraz bardziej bezczelnie grypy. Dzień później poinformowałem o tym zagrożeniu Andrzeja,  a on w trosce o moje zdrowie i przyszłą dyspozycyjność zdjęciowo-autorską zalecił szybką kurację  napojem sporządzonym według jego własnej i sprawdzonej ponoć wielokrotnie (z dobrym oczywiście skutkiem) recepty.
W tym miejscu, korzystając z odpowiedniego upoważnienia przekazuję osobom pełnoletnim i odpowiedzialnym za swoje pragnienia i czyny, a jednocześnie podlegającym podobnym do moich objawom (drżączka, słabość członków, brak apetytu, niechęć do jakiejkolwiek pracy i pragnienie przyjęcia natychmiast pozycji horyzontalnej) – przepis na wspomnianą uzdrawiająco-rozgrzewkową miksturę.
UWAGA! Od tego momentu TEKST TYLKO DLA DOROSŁYCH! Prawa autorskie dla  Andrzeja Cz. – zastrzeżone!:
Otóż Antygrypowe Lekarstwo Czuldy (w skrócie „ANLECZ”), nazywane przeze mnie i bliskie mi osoby po prostu „Czuldówką”, składać się powinno: „Ze starannie rektyfikowanego spirytusu, miodu dobrej jakości, odrobiny krystalicznie czystej wody oraz soku cytrynowego. Wszystkie te ingrediencje mieszać należy w proporcjach zgodnych z indywidualnymi potrzebami i upodobaniami. Skuteczność gwarantowana. Napitek „wchodzi w ciało” bosko i walczy z objawami grypy w tak sympatyczny sposób, że trzeba wiele siły woli, aby nie nadużywać  kuracji.”
Oczywiście przed zażyciem „lekarstwa” można skonsultować się z żoną, szwagrem, lekarzem lub farmaceutą. Konsultacje powyższe będą prostsze, gdy żona  posiada dyplom akademii medycznej, a szwagier – aptekę, co nie znaczy, że ich opinie w sprawie „ANLECZ-u” muszą się pokrywać...
Aby dać czytelnikom możliwość wyboru proponuję także inną, przypadkiem zasłyszaną receptę leczniczą pod hasłem „RUMIANEK”.  Jak sporządzić to lekarstwo i jak je stosować?. Nad wyraz prosto: „RUM do brzuszka, a „JANEK” do łóżka…”

*                                            *                                            *

Ozdrowiawszy w porę, omówiwszy  z Andrzejem założenia filmu oraz szanse na jego produkcję (zwiększone udziałem spolegliwych sponsorów), przeczytałem scenariusz i zapaliłem się do nowego filmowego WYZWANIA w stopniu wskazującym na wielkie zafascynowanie tematem. Połączyłem się w ten sposób z twórczym zapałem faceta, którego w jednym z reportaży nazwałem kiedyś „Krakusem znad Łódki”.
Ponieważ do opowieści  z planu „Nekropolis” pozostało jeszcze nieco czasu i co najmniej kilka stron druku uznałem, że warto teraz nieco szerzej zaprezentować czytelnikom osiągnięcia owego dziwnego „Krakusa”, który już wkrótce miał zostać moim  (kolejnym) filmowym szefem.

KRAKUS ZNAD ŁÓDKI” i…  „BAJKI Z „KRAINY PIECÓW”
Wybierając Andrzeja Czuldę jako pośrednika, mającego mi przekazać nowe zlecenie (i dopilnować jego realizacji) X Muza wiedziała co robi. Wybrała bowiem człowieka,  którego przedstawiłem już wcześniej jako asystenta J. J. Kolskiego i „dowcipnego” mnicha, który sprawił, że żaden galop na oklep i na żadnym ogierze nie jest już dla mnie żadnym wyzwaniem. Lata, które ja poświęciłem na sformułowanie tego wniosku Czulda spędził na stawieniu czoła innemu wyzwaniu.
Po długim asystenckim terminowaniu (m.in. u Leszka Skrzydły, u którego również – jak u Kolskiego – „robił” za mnicha) Andrzej postanowił  wykorzystać doświadczenie zdobyte na różnych planach filmowych i podjąć studia reżyserskie w łódzkiej „Filmówce”. Sam go zresztą do tego uparcie i wielokrotnie namawiałem widząc jego autentyczną pasję filmową. Wypowiadanie się o talencie Czuldy nie wchodzi już w zakres moich kompetencji, ale ucieszyło mnie bardzo, że Andrzej osiągnął to, co zamierzał. Uzyskał „patent” reżysera, a dokonał tego dzięki czerpaniu wiedzy z najlepszego w Polsce filmowego źródła oraz  niechęci do łatwego poddawania się przeszkodom.
Świeżo upieczony reżyser nie spoczął więc na laurach jeno wziął się żwawo do roboty, by już wkrótce zapisać na swoim koncie szereg filmów dokumentalnych i scenariuszy. Bardzo cenię wśród nich jego filmy o Stefanie Pogonowskim i Cmentarzu Orląt, ale Andrzej Czulda jest również autorem „Kalisza poprzez wieki”, czyli: „Krótkiego filmu o długiej historii najstarszego miasta w Polsce.”, za który otrzymał nagrodę Europejskiej Federacji Prasy Turystycznej. Inne miasta także doczekały się wizyty filmowca z Łodzi. Wędrując z kamerą po Lublinie Czulda nakręcił film poświęcony historii i urodzie tego miasta, a następnie takie dokumentalno-dydaktyczne filmy, jak: „I rozbiór Polski”, „Od nadziei do upadku – czyli II i III rozbiór Polski”, „Wieluń – miasto na królewskim szlaku” i kilka innych.
Kiedy przyglądałem się tym filmowym wojażom Andrzeja po Polsce pewien byłem, że prędzej niż później jego reżyserskie drogi zaprowadzą go do Krakowa.
Do takiej właśnie filmowej wyprawy zdopingowała Czuldę red. Teresa Oziemska z WFO, która – kiedy UNESCO ogłosiło rok 1994 rokiem baroku na świecie – przekonała Andrzeja, że może i potrafi zrobić film o baroku w jednym z najpiękniejszych miast świata. Słuchając dobrej rady Czulda skrzyknął ekipę nie mniejszych niż on entuzjastów  (m.in. świetny krakowski operator Jacek Siwecki  i kierownik produkcji Waldemar Krzak) a kiedy budżet „Baroku krakowskiego” zgodziła się wesprzeć Rada Europy w Strassburgu z zapałem wziął się do dzieła, pozyskując do współpracy doświadczonego konsultanta i narratora – prof. dr Tadeusza Chrzanowskiego – znanego historyka sztuki, autora wielu książek i eksperta do spraw baroku w Radzie Europy.
Andrzej dobrze wspomina czas realizacji filmu, wędrówki po starym Krakowie, zdjęcia w fascynujących wnętrzach, profesjonalizm ekipy i atmosferę na planie. Do tych satysfakcji dołączyło się wkrótce uznanie znawców, historyków i zwykłych widzów, którym ponad 50 minutowy spacer przez barokowy Kraków bardzo się podobał. Jego film zdobył m.in. nagrodę Rektora Akademii Sztuk Pięknych w Krakowie, po kasety z „Barokiem krakowskim” ustawiały się kolejki chętnych, a sam reżyser nie mógł się opędzić od pochwał i zaproszeń ze strony krakowskich mediów. O zachwytach i pokusach ze strony miejscowych mieszczek nie wspomnę, ponieważ Andrzej mimo że kocha Kraków, to pięknej żony wolał poszukać nad Łódką i świata za swoją Jolą (znaczy Szanowną Małżonką) nie widzi. 
Po sukcesach „Baroku” Czulda nabrał chęci, by nie poprzestać na tym pięknym skądinąd okresie, ale pójść z kamerą równie frapującymi śladami krakowskiego gotyku i renesansu. Nie ma co ukrywać, że była to często „droga przez mękę” wymagająca benedyktyńskiej cierpliwości w znajdowaniu ludzi nie tylko bogatych, ale również szczodrych, i przekonywaniu ich by zechcieli pomóc finansowo w tworzeniu pierwszej filmowej monografii kultury i sztuki Krakowa. Jak bowiem wiadomo na drodze najlepszych nawet pomysłów przeważnie leży jakieś „ale”. I to na ogół zawsze zamiast bardzo potrzebnych pieniędzy…
Czulda, którego w jednym z reportaży o jego filmowych sukcesach nazwałem  „Krakusem znad Łódki” uparł się, że wbrew kłopotom i przeciwnościom zrobi takie filmy o Krakowie, by nawet jego mieszkańcy zawołali pełni zdumienia: „Sami nie wiemy, co posiadamy!” Dzięki temu uporowi powstała „Złota jesień krakowskiego średniowiecza” oraz „Krakowskie oblicza renesansu”, a w sierpniu 2000 roku,  po obejrzeniu obydwu filmów mogłem się zwierzyć czytelnikom „Dziennika Łódzkiego”:

„Była to jedna z moich najciekawszych wędrówek po Krakowie. Znalazłem się bowiem w miejscach, do których nigdy mnie dotąd  nie wpuszczono. Dotarłem do najtajniejszych zakątków wawelskiej katedry, patrzyłem z bliska w twarze świętych na ołtarzu Wita Stwosza. Dniem i nocą spacerowałem wśród ulic i zaułków Krakowa oglądając zabytki mało znane światu, Polakom, ale także krakowianom.

 *                             *                             *

W jakiś czas po tym jak poinformowałem łodzian, że to „nasz chłopak” pokazał Krakusom, Polsce i światu, jak to pod Wawelem ładnie, Andrzej poprosił mnie o rozmowę w sprawie jak mówił „dość  niezwykłej”. Było to pewnego lipcowego dnia 1999 roku, a „Krakus znad Łódki” pokazał mi i opowiedział o czymś, co mnie nie tylko zdumiało, ale i wzruszyło do głębi. Była to książeczka wielkości szkolnego zeszytu, którego pożółkłe kartki zawierały wykonane z niezwykłą pieczołowitością kolorowe obrazki oraz starannie wykaligrafowane wierszyki. W tych, mających ponad 60 lat, prostych, urokliwych  rysunkach – ilustracjach do dziecięcych bajeczek – nie byłoby może nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że powstały one… w Oświęcimiu. A wykonane zostały przez więźniów, którzy w największej konspiracji postanowili zająć  się czymś tak karygodnym z punktu widzenia esesmanów i potrzeb III Rzeszy, jak pisanie i rysowanie wesołych historyjek dla swoich dzieci, których wielu z nich mogło już być może nigdy nie zobaczyć...
Inspiracją do takiego, najsroższymi karami zagrożonego, „sabotażu” stały się, znalezione na oświęcimskiej rampie, inne dziecięce książeczki. Te, powyrzucane z walizek i toreb, podjęte z trawy, piachu i błota pamiątki po spalonych w Auschwitz żydowskich dzieciach, były niczym symboliczne wołanie o pamięć – usłyszane i przekazane przez polskich więźniów. Ale książeczki te ocalały nie tylko po to, by świadczyć  o zagładzie kolejnego transportu. Stały się bowiem natchnieniem  do szczególnego oporu. Do tego, by wbrew strachowi, codziennemu obcowaniu z przemocą i śmiercią, wbrew temu wszystkiemu o co chodziło niemieckim oprawcom, nie dać w sobie zabić nadziei i miłości.
A tę wyrażała najmocniej tęsknota za domem, za rodzinami i dziećmi. To dla córek i synów, od których zostali oderwani esesmańską, czy gestapowską przemocą zaczęli pisać owe bajeczki, rysować ucieszne kurczątka i nie tracili wiary w to, że jeśli nie oni sami to któryś z współwięźniów przekaże tę szczególną pamiątkę tym, o których myśleli tworząc swoje wiersze i rysunki...
Pamiętam, że oglądając strona po stronie tę niezwykłą książeczkę z rysunkami Henryka Czuldy – więźnia nr 159452 (na szczęście On i jego oświęcimska bajka ocaleli) nie od razu mogłem pojąć, jak za drutami obozu koncentracyjnego można było stworzyć coś tak radosnego i pogodnego? Te motyle, łąki, pola i lasy? Ile wiary i nadziei trzeba było w sobie ocalić, aby wbrew ogarniającej codziennie człowieka rozpaczy – móc rysować wesołe, kolorowe obrazki, tworzyć radosne i dowcipne rymy… I to wówczas, gdy za ścianą baraku leżały zwłoki kolegów a kominy krematorium dymiły niemal bez przerwy? Kto wie, może najprostszą i najtrafniejszą odpowiedzią jest ta, która mówi, że  był to jedyny możliwy w tamtej sytuacji (poza pójściem na druty) sprzeciw wobec tej grozy...
Kiedy opisywałem dla czytelników „Dziennika” (wkrótce ich krąg rozszerzył swoim przedrukiem na całą Polskę tygodnik „Angora”) tę niezwykłą i jakże poruszającą historię, zastanawiałem się długo nad jej tytułem.  Aż w pewnym momencie zdałem sobie bowiem sprawę, że była to niezwykła opowieść o bajkach, jakich nie znał dotąd świat – BAJKACH Z „KRAINY PIECÓW”…

*                                            *                                            *

Dziewięć lat później, na specjalnej projekcji w ramach Festiwalu Mediów „Człowiek w zagrożeniu” oglądałem kolejny film Andrzeja Czuldy, za który reżyser otrzymał nagrodę Prezesa Stowarzyszenia Filmowców Polskich. Znałem dobrze jego temat, a mimo to ze wzruszeniem oglądałem dawne rysunki i słuchałem oświęcimskich wierszyków sprzed lat. Byłem też dumny z tego, że  kolejnemu –  tym razem filmowemu – przesłaniu  „Bajek z „krainy pieców” Andrzej pozostawił mój dawny, gazetowy, tytuł...

„ZŁOM ŻELAZNY”  i… „TRÓJPRZYMIERZE CIENI”
Film, który otrzymał roboczy tytuł „Nekropolis” miał być poświęcony tylko jednemu z kilku cmentarzy znajdujących się na terenie miasta, ale jednocześnie miejscu o wyjątkowej aurze i niezwykłym charakterze. Wiedza na temat wielkiego znaczenia historycznego i artystycznego Starego Cmentarza  nie jest jednak (nawet wśród łodzian) wiedzą powszechną. A przecież to właśnie ta nekropolia – jak żaden inny cmentarz w Łodzi – w sposób szczególny opowiada o dziejach miasta, życiu i losie jego mieszkańców, a jej trójwyznaniowy charakter sprawia, że jest to także cmentarz unikalny w skali naszego kraju i Europy.  
Niesione przez wiele mogił przesłanie do potomnych przypomina o patriotyzmie, poświęceniu, wiedzy i zasługach, jakie wielu z pochowanych tu łodzian położyło na rzecz miasta i jego społeczności. Byli wśród nich ludzie, których rola w życiu Łodzi była często biegunowo różna. Jedni byli ulubieńcami fortuny, założycielami wielkich fabrykanckich rodów, twórcami potęgi Łodzi przemysłowej. Inni działali na odmiennych polach, a ich autorytet u współobywateli określał nie majątek, ale wiedza i talent, przymioty ducha i charakteru.  
Oczywiście śmierć tylko pozornie równała fabrykantów z robotnikami, bogaczy z biedakami, wyzyskiwaczy i wyzyskiwanych. Wyróżnikiem pozycji społecznej i wartości – głównie majątkowej – niejednego łódzkiego potentata było także miejsce jego wiecznego spoczynku. Okazałość grobowych kwater byłaby jednak mylącym wskaźnikiem dla właściwego określenia rangi i społecznego znaczenia tych, którzy doczekali takiej właśnie formy pośmiertnego uznania. Na Starym Cmentarzu składano przecież do grobów nie tylko fabrykantów, bankierów, rentierów i zwycięzców finansowych rozgrywek na skalę europejską.  
Wędrując wśród alejek i ścieżek Starego Cmentarza znajdziemy się również przy nagrobkach skromniejszych od tych, które składają hołd wybitnym łódzkim przemysłowcom, właścicielom największych fabryk i najwspanialszych pałaców. Nagrobki te przypominają o życiowym dorobku tych łodzian, za którym nie stała wielka łaskawość fortuny, ale na przykład wiedza inżynierska, prawnicza, medyczna, nauczycielskie powołanie, powstańcze, czy żołnierskie poświęcenie, talent rzeźbiarza, aktora, malarza, czy muzyka.  
Takich grobów i takich postaci Stary Cmentarz kryje niemało. Niestety, wiemy  o nich niewiele, albo też zdołaliśmy zapomnieć prawie zupełnie. Kiedy myślałem o tej, znanej od wieków, „amnezyjnej przypadłości” przypomniała mi się również przedwiekowa, ale jakże gorzka w swej konkluzji, mądrość Szekspira, który był zdania iż: „Złe czyny ludzi żyją dłużej od nich, dobro wraz z nimi znika nieraz w grobie.”  
Któż zaprzeczy tej prawdzie, chociaż to właśnie ona skłania jednocześnie potomnych do takich poczynań, aby owo znikające wraz z życiem dobro ocalić od zapomnienia. Taki ratunek należy się bardzo wielu cieniom z łódzkiego Starego Cmentarza lecz sporo jeszcze trzeba zrobić, aby pozwolić dawnym bohaterom, patriotom i wielkim społecznikom na powrót do świadomości współczesnych łodzian. Na wydobycie „z zamętu lat” ich  zasług i dokonań, pokazanie genealogii łódzkiej „Ziemi Obiecanej”, z uwzględnieniem życiorysów i zasług wielu postaci, z których dorobku i pracy na rzecz miasta może ono być nieraz dużo bardziej dumne, aniżeli z potęgi wielkich fabrykanckich rodów. Chodzi o przypomnienie losów i efektów działalności tych łodzian  tych, którzy nie mieszkali  w willach, pałacach, czy secesyjnych kamienicach śródmieścia, i których poświęcenie i twórczy wysiłek trudno byłoby przeliczyć na dawne, czy też obecne pieniądze.  
Na sławę i dorobek miasta pracowali także (a raczej harowali) w wielkiej liczbie  i z największym fizycznym wysiłkiem, ci o których nie wspominają marmurowe pamiątkowe tablice i złocone litery epitafiów. Robotnicy łódzcy. Większość z nich, miała dla miasta, w którym przyszło im żyć i pracować, przede wszystkim „krew, pot i łzy”... I bywało, że dostawali w zamian niewiele więcej. To o takich jak  oni poeta Ernest Bryll napisał kiedyś, że są „Tak najmniejsi, że ich prawie nie ma... i tak biblijnie cisi, że przy narodzeniu i śmierci nie krzykną.”

*                                            *                                            *

O tych wszystkich cieniach ze Starego Cmentarza miał mówić film Czuldy, a ja szykowałem się, aby go wesprzeć w tych zamiarach poprzez stosowne połączenie obrazu i słowa. Na razie jednak prawdziwego wsparcia Czulda potrzebował głównie ze strony osób lub instytucji, od których finansowej hojności zależało czy tak ważny i „z dawna wyglądany” film w ogóle powstanie. Napięcie i oczekiwanie (również moje) rosło wraz z upływającymi miesiącami, podczas których Czulda i jego przyjaciele, dwoili się i troili, aby pozyskać sponsorów, gotowych podjąć się roli mecenasów ze wszech miar zasługującego na pomoc przedsięwzięcia.  
Na szczęście zabiegi te przyniosły wreszcie wymarzony przez reżysera rezultat, a radosna wieść od Andrzeja, a potem od kierownika produkcji Krzysztofa Sułka: „Będziemy robić ten film. Jakoś skonstruowaliśmy nasz budżet...”  – zdopingowała mnie do wyjścia naprzeciw czekającym mnie wkrótce obowiązkom. Przy okazji cieszyłem się z góry na spotkanie i wspólną pracę  z przyjaciółmi, z którymi X Muza poznała mnie już wcześniej, a między innymi z Bogusią Kłopotowską, mającą czuwać nad dźwiękową stroną filmu i moją dykcją oraz z bardzo przez wszystkich lubianym asystentem operatora – Józkiem Sikorą.

*                             *                             *

Przed rozpoczęciem zdjęć, a także przed zanurzeniem się w monografie i inne publikacje na temat Starego Cmentarza, których lektura miała mi pomóc w pisaniu komentarza do  „Nekropolis”, postanowiłem wybrać się samotnie na przyszły plan zdjęciowy. Nie będąc ograniczony czasem i wyborem miejsca kolejnych ujęć, niezależny od reżyserskich komend i wymagań operatora, poruszając się z dala od oka kamery i „ucha” mikrofonu, chciałem poszukać wśród grobów, pomników, rzeźb, epitafiów, pewnego rodzaju inspiracji  i wskazówek, aby potem, zgodnie z dawną poetycką radą, móc „właściwe dać rzeczy słowo”…  
Nie mnie orzekać, czy udało mi się to w pełni, ale podczas tej wędrówki znalazłem sporo okazji do wzruszenia i różnych przemyśleń. Do pytań o sens historii („matka – czy – m a t n i a?”), do zadumy nad ceną bohaterstwa i poświęcenia, a także do oburzenia wywołanego podłością  (lub po prostu głupotą)  wielu z tych, którym to poświęcenie miało przecież służyć…  
Do gorzkiego przekonania, że „hienom cmentarnym” nic nie jest w stanie przeszkodzić w świętokradztwie i wandalizmie skłoniło mnie to, co zobaczyłem – a właściwie czego nie mogłem już zobaczyć – na grobie kapitana Stefana Pogonowskiego. Kiedyś husarskie skrzydła zdobiły postać rycerza, którego pomnik uosabiać miał bohaterskiego dowódcę batalionu w 28 Pułku Strzelców Kaniowskich – noszącego niegdyś dumne miano „Dzieci Łódzkich”. Niegdyś. Bo dzisiaj łodzianie wiedzą o tych „Dzieciach” niewiele. Chociażby dlatego, że  podczas swojej szkolnej edukacji – bardzo „wybiórczej” w pewnych latach – większość z nas nie miała  szans na zdobycie wiedzy o dziejach tego pułku i szlaku bojowym jego żołnierzy.
Kapitan Stefan Pogonowski zginął w r. 1920, pod Radzyminem, podczas toczonej z bolszewikami Bitwy Warszawskiej, ale  dopiero od niedawna jego nazwisko wróciło na plan miasta i do pamięci łodzian. Niestety nie do wszystkich. Pewnej nocy husarskie skrzydła z pomnika oderwano i zawleczono najpewniej do jakiegoś punktu skupu złomu. Tak więc Rycerz Pogonowski nie ma już skrzydeł (zamienionych na złotówki i „browar”) i pewnie nie będzie ich miał już nigdy, aby nie kusiły i nie prowokowały „do czynu” kolejnych degeneratów…  
Stałem przy tym grobie przygnębiony, ale przede wszystkim wściekły na sprawców dewastacji tego pomnika, wiedząc że wkrótce przyjdzie mi stanąć przy nim raz jeszcze ponieważ  „Andrzej na pewno będzie chciał pokazać na filmie ten grób.”. – I wtedy, myśląc o przyszłej scenie, przypomniałem sobie coś, o czym później powiedziałem także przed kamerą. Na przykładzie tego wandalizmu sprawdziła się bowiem pewna poetycka, i bardzo gorzka, wróżba sprzed lat.  Ta, którą w imieniu poległych i ginących bohaterów narodowych powstań i wojennych zmagań, sformułował  z ironią i rozpaczą Tadeusz Borowski:  „Zostanie po nas złom żelazny i głuchy, drwiący śmiech pokoleń.”  
Wszystko się we mnie sprzeciwiało tej wróżbie i bardzo chciałem, aby to, co mogło jej przyznać rację, nie zdarzyło się już nigdy i nigdzie. Nie tylko na tym cmentarzu czy na jakimkolwiek zdewastowanym grobie. Dlatego poszedłem dalej, nadsłuchując czujnie, jakie jeszcze echa z przeszłości odezwą się do mnie przy kolejnych mogiłach. A warto było słuchać tych głosów, jako że na Starym Cmentarzu wiele grobów, epitafiów i pamiątkowych tablic przypomina o tych, którzy dla Ojczyzny ponieśli ofiarę największą – polegli w powstańczych i wojennych walkach o niepodległość kraju.  
Leży ich tutaj niemało także tych, którzy nierzadko ginęli w „wiośnie życia”, mając lat dwadzieścia lub jeszcze mniej, niedoczekawszy niepodległości, która miała nadejść dopiero w wiele lat po ich męczeńskiej śmierci.  
Jest wśród nich postać, szczególnie zasługująca na to, aby nie zapomnieć nigdy o jej bohaterstwie, nie przeoczyć i nie zaniedbać jej skromnego grobu. Stałem przy nim dość długo myśląc o odwadze i poświęceniu Marii Piotrowiczowej, nauczycielki, uczestniczki Powstania Styczniowego, która walkę o niepodległość ojczyzny przypłaciła, jakże okrutną śmiercią. O tym jak zginęła, napisałem już wcześniej, w rozdziale „Złote myśli na czarnym tle”. Ale stojąc przy Jej grobie nie mogłem się oprzeć żalowi, że tak rzadko – może za sprawą opieszałości mediów, słabego zainteresowania publicystów, czy też „mody” na amnezję historyczną uwalniającą tylu z nas od rachunku sumienia – wracamy pamięcią do tamtych odległych lat, do dawnych bohaterów i tych mieszkańców Ziemi Łódzkiej, którzy za udział w Powstaniu zapłacili cenę najwyższą.  
Taką też cenę – za wieloletnią walkę z zaborcami, za ogromne przywiązanie do idei niepodległości, za swoją, zawsze i wszędzie mocno podkreślaną, polskość –  zapłacił Aleksy Rżewski. Ten rewolucjonista, wielokrotny więzień i zesłaniec, pierwszy prezydent niepodległej Łodzi, zginął rozstrzelany przez  Niemców pod koniec 1939 roku podczas zbiorowej egzekucji dokonanej najprawdopodobniej w lasach lućmierskich. Ofiary tej zbrodni zakopano gdzieś w  nieznanym miejscu, stąd też Aleksy Rżewski ma na Starym Cmentarzu tylko symboliczny grób – zdjęcie i napis przy rodzinnej mogile. A że z nadejściem roku 1945 (i nowej interpretacji historii Polski) po takich jak on – antykomunistach i patriotach spod niewłaściwego ideologicznie znaku – starannie zacierano ślady, stąd i niejeden przechodzień ominie pewnie ten grób, nie wiedząc komu mógłby, lub powinien, poświęcić choć chwilę zadumy.  
Stary Cmentarz miał w swoim generalnym założeniu charakter elitarny – jako miejsce pochówku ludzi zamożnych, wielkich łódzkich przemysłowców, przedstawicieli starych mieszczańskich rodów oraz osób znanych i zasłużonych dla miasta. Zdarzało się jednak, że w jakimś odległym, mniej reprezentacyjnym zakątku chowano tu także tych, których rodziny stać było jedynie na mały kopczyk ziemi i brzozowy krzyż, zamiast marmurowej tablicy lub pochylonego nad grobem, pełnego smutku anioła…  
Na ogół takim pochówkom towarzyszył żandarm lub agent tajnej policji. Chodziło o to, aby uczestnicy pogrzebu nie modlili się nad trumną zbyt głośno w tępionym nie tylko w szkołach polskim, czyli „psim języku”, jak carscy czynownicy nazywali wówczas z upodobaniem  „narzecze mieszkańców Prywislanskiego kraju”. Czuwano także nad tym,  aby biorący udział w pogrzebie nie zaśpiewali znienacka jakiejś wywrotowej lub patriotycznej pieśni…  
Ale na Starym Cmentarzu nie brak grobów tych, którzy nie tylko nie lękali się głośno śpiewać „Jeszcze Polska nie zginęła”, czy „Krew naszą długo leją katy…”, ale i nie szczędzili tej krwi, gdy zaszła taka potrzeba. Najobficiej i najszczodrzej przelewali  ją na łódzkich barykadach, ginęli w czasie demonstracji ulicznych, jako uczestnicy procesji organizowanych pod patriotycznymi hasłami, a nawet zastrzeleni podczas pogrzebów towarzyszy walki o „Wolną i  Niepodległą.” To ich przypomina  „Bratnia mogiła uczestników rewolucji 1905-1907 roku – zamordowanych przez siepaczy carskich.” – jak głosi napis na grobie.  
Choć, po mogiłach wielu z tych najbiedniejszych nie ma już dzisiaj śladu to pozostały fakty, mówiące o latach narodowej niewoli. Należą do nich  stosy trupów na łódzkich ulicach, „spracowana” szubienica w więzieniu na Długiej, sadystyczne policyjne śledztwa i tortury, skrytobójcze mordy, udręka syberyjskich zesłańców, wieloletnie i zajadłe „odpolaczanie” narodu, niemalże niewolniczy los łódzkiego robotnika . O tym wszystkim także powinniśmy pamiętać. Ale nie tylko wtedy, kiedy przychodzimy na ten cmentarz i stawiamy swoją lampkę pod wspólnym pamiątkowym krzyżem, ale i wówczas kiedy czasem, zbyt lekko i bezrefleksyjnie, zapominając o faktach z przeszłości, rozprawiamy na temat istniejącego ponoć od zawsze  „dialogu”  czterech łódzkich kultur…  
O tym, jak wyglądał czasem w Łodzi taki „dialog” zaborców z buntującymi się niewolnikami, tak oto pisał, w czerwcu 1905 roku (miesiącu krwawych i zaciętych walk rewolucyjnych), korespondent jednej z krakowskich gazet:  

„Przed bramy cmentarne zjeżdżają, patrolowane przez kozactwo, płachtami okryte platformy ze szpitali, jakby z wyrębem mięsa. Naliczyłem 23 trupy na jednej. Zajechali z tym ładunkiem ofiar i stanęli. Odsłonili płachty... Jezu Miłosierny! Trupy jeden na drugim, w odzieniu, w bieliźnie, po opatrunku lub nagie... A jakże nieludzko zeszpecone! Tu zwisa młoda głowa z przewaloną przez pół czaszką, tam w kurczu przedśmiertnym z zaciśniętymi palcami ledwie na płatku wisi odrąbane pałaszem ramię, tu znów obcięte obie ręce, zamiast których sterczą ku górze skrzepłe, krwią ociekłe kikuty. Tam znowu pierś nadziana kilkoma kulami, jak świadczą krwawe rany postrzałowe wielkości talara. Lecz mało tego było jeszcze: oto z boku do połowy podcięta szyja z szeroko otwartą aż do kręgosłupa  krwawą jamą. I tak dalej przy każdym wyciąganym z wozu trupie, a żadnemu nie brakło strzału szczególniej w przednią stronę ciała. Nie zapomnę póki życia tych strasznych wyrazów twarzy, srogich wysiłkiem walki życia z wrogami: żołdactwem i śmiercią!...  
Takich widoków więcej, a oszaleć by można... Kozacy czekają u bram na powracających z cmentarza, jakby na straży i dla poskromienia wybuchów ich żalu...”

  *                             *                             *

O tych, którzy nie mieli szczęścia spocząć w ojczystej ziemi jak i tych, których grobowe ślady zatarli sami sprawcy ich śmierci, przypominają samotne krzyże i specjalne pamiątkowe tablice. I tak np. o modlitwę i pamięć proszą cienie zamordowanych i poległych oficerów i żołnierzy Armii Krajowej, których katami byli często zarówno zbrodniarze spod znaku swastyki, jak i „wyzwoliciele” z sierpem i młotem w herbie oraz ich rodzimi poplecznicy.  
To o tamtych latach, ich bohaterach i ofiarach, mówi tablica poświęcona pamięci „więźniów politycznych okresu stalinowskiego, którzy życie poświęcili sprawie niepodległości Polski”.  
Zbliżał się listopad – miesiąc szczególnej pamięci o obrońcach Ojczyzny, dlatego wkrótce znalazłem na Starym Cmentarzu także inne znaki minionego czasu i polskiej gehenny. Oto na krzyżu w głównej alei przypięto dwie ulotki – apele. Jedna z nich poświęcona była Orlętom Lwowskim poległym za wolność miasta Semper Fidelis – naprawdę zawsze wiernego Ojczyźnie. Bo to nie ono odeszło od Polski. To Polsce kazano zostawić Lwów na łaskę nowych właścicieli i nowych, obojętnych na jego wielowiekowe związki z Polską, lokatorów…  
Zaraz pod prośbą o modlitwę za „Orlęta” zobaczyłem drugie, większe i krzyczące do przechodniów wołanie: „Rodacy! Wspomnijmy pomordowanych na wschodnich kresach Polski, za to że byli Polakami. Pochowani w nieznanych, zbiorowych mogiłach, spaleni w domach, w kościołach, ofiary barbarzyńskiego nacjonalizmu ukraińskiego.”  
Większość z tych napisów, epitafiów, pomników i apeli pojawiła się na Starym Cmentarzu dopiero niedawno. Wcześniej taka walka o prawdę i pamięć była niemożliwa, niebezpieczna i skazana na los „katyńskich krzyży”, które jedni stawiali nocami, a inni (nawet się zbytnio nie kryjąc), niszczyli je za dnia. Pośpiesznie, ale chętnie i z zawziętością zawsze charakteryzującą sprzedawczyków, kolaborantów i judaszów wszelkiej maści...  
Nie zawsze byli to wykonawcy wyroków wyłącznie na krzyżach, nieprawomyślnych napisach, lub dowodach pamięci o „żołnierzach wyklętych”, czy innych bohaterach podziemia niepodległościowego, którym tak często broniono nawet prawa do własnej mogiły. W pewnym momencie stanąłem przed grobem, na którego płycie umieszczono słowa mówiące o zbrodni dokonanej w czasach nader bliskich, będących dla wielu z nas – w tym i dla mnie – czasem kończenia studiów, pierwszej miłości, marzeń o życiu godnym i szczęśliwym. Żadnego z tych pragnień nie udało się jednak spełnić chłopakowi, który leży na tym cmentarzu od ponad pół wieku, ale dopiero od niedawna ci, którzy stają nad jego grobem mogą przeczytać następujące epitafium i...oskarżenie.  

„Ś.P. mgr TADEUSZ HUBNER. Starszy asystent Wydziału Historyczno-Filozoficznego Uniwersytetu Łódzkiego. Wybitnie utalentowany i niestrudzony pracownik nauki, przyjaciel i wychowawca młodzieży. Urodzony 4. X. 1940 r. w Warszawie – żył lat 25. Jako historyk podający dokumentalną prawdę o tragedii polskiego narodu w latach II wojny światowej został zdradzony, po czym w dniach 23-24 III. 1966 roku w skrytobójczej i męczeńskiej śmierci odebrano mu życie. A zbrodni tych dokonali na Nim znikczemnieni rodacy. Zawsze wierny swym ideałom i etycznym zasadom pracy zginął na progu życia w spisku renegatów jako historyk patriota. Pokój Jego świetlanej duszy.”  

Tragiczna i tajemnicza to sprawa. Odchodziłem od tego grobu z przekonaniem, że jako dziennikarz powinienem zająć się tym dramatem. Spróbować dowiedzieć się dokładniej kto i za co pozbawił życia Tadeusza Hubnera. Poznać późniejszy los jego bliskich. Odnaleźć – jeśli to będzie możliwe – wiążące się z tą sprawą dokumenty, a może i ślady prowadzące do sprawcy, lub sprawców tej zbrodni.

*                           *                             *

Ci, którym dobrobyt pozwolił niegdyś na wystawienie wspaniałych nagrobków, nierzadko autentycznej i wysokiej wartości artystycznej, których miejsce pochówku upamiętniono kaplicą lub rzeźbą na Starym Cmentarzu przeszli już dawno do historii, a także do wdzięcznej (lub gorzkiej) pamięci współobywateli. Z wieloma grobowymi symbolami ich obecności na Ziemi Obiecanej nie tylko czas, ale i potomni nie zawsze obchodzili się łaskawie. Niemało popadło w ruinę, inne zniszczono i zdewastowano z rozmysłem i z najniższych nieraz pobudek. O uszkodzeniu pomnika na grobie Stefana Pogonowskiego pisałem kilka stron wcześniej, ale przecież nie tylko ten grób jest na Starym Cmentarzu dowodem zniszczeń, które muszą budzić do gniewu, zażenowania, czy choćby zwykłego ludzkiego współczucia.  
Na szczęście świadomość podłości takich czynów (oraz zakres wyrządzonych szkód) staje się tematem publicznej troski. To ona sprawia, że starania zmierzające do  naprawienia aktów dawnego wandalizmu, a także obojętności lub zaniedbań, zyskują coraz powszechniejszą aprobatę.  Sporo efektów tej szczytnej działalności (którą wspierają dotacjami władze miasta i datkami, spod serca płynącymi, sami mieszkańcy) widziałem także podczas mojego spaceru.  
Cieszą te dokonania i gesty, bo dzięki właściwej opiece i odbudowie najcenniejszych cmentarnych pamiątek będziemy mogli choć w części przywrócić dawny wygląd Starego Cmentarza. Łatwiej nam będzie wtedy prowadzić ten szczególny dialog: żywych z umarłymi. Tych, którzy pozostali, z tymi, którzy odeszli. Kontynuować ich wspólną rozmowę ze śmiercią i Bogiem... Trwa ona przecież od wieków i trwać będzie zawsze, a ślady tego dialogu i odwiecznej nadziei znajdowałem co krok. Zawierały go epitafia pełne próśb o łaskawe „Ojcze nasz” i „Pater noster”, o jedną chociażby „zdrowaśkę”, godzących się z przeznaczeniem w pełnych pokory słowach: „Bóg tak chciał”, lub kierujące nasze nadzieje w stronę nieśmiertelności, obiecanej przez starą łacińską maksymę: „NON OMNIS MORIAR”...  
A skoro mowa o związanych z wiecznością sentencjach to jedne z piękniejszych – mądrych i wzruszających – znalazłem w miejscu szczególnym, bo w „Piórkach” Jana Sztaudyngera (w części noszącej tytuł: „Życie, przemijanie…”). Wtedy, na Starym Cmentarzu, przypomniało mi się takie oto Jego – jakże trafne i ponadczasowe –  przesłanie:

„Wieczność przed nami i wieczność za nami,  
A dla nas chwila między wiecznościami.”

Teraz, kiedy to piszę, nie mogę się powstrzymać, aby nie przytoczyć jeszcze kilku zwierzeń i refleksji wspaniałego poety, satyryka, ale także liryka i romantyka. Człowieka o wielkiej życiowej mądrości, która skłoniła go do takich oto refleksji:  
„Nie boję się niebytu, boję się chwili tranzytu”.
Albo: „Każdy ma całą śmierć, choćby miał życia tylko ćwierć.” Sądzę też, że wielu z nas powtórzyłoby chętnie za Panem Janem: „Nie nęci mnie tamten świat. tak bardzo temu jestem rad”, lub przyznało, że: „Śmierci nie ma – jest tylko przed nią trema”  

Kto wie, może z czasem gotowi będziemy również, aby zaakceptować i taką – przyprawioną szczyptą ironii –  konkluzję Poety:
„Nietrudno umrzeć, moi mili, wszyscy to jakoś potrafili.”

*                             *                             *

Spacerując wśród różnych grobów i pomników najczęściej i najdłużej zatrzymywałem się przy tych mogiłach, gdzie o pamięć i współczucie zdawały się błagać przechodniów pogrążone w głębokim smutku kobiety-żałobnice. Jedna z nich, pełna bolesnej zadumy czuwa przy grobie zmarłego w 1904 r. prezydenta Łodzi Andrzeja Rosickiego. Władze carskie usunęły go z pełnionej funkcji za pomoc okazywaną powstańcom styczniowym. Ci, których wspomagał, i którzy zapłacili życiem za walkę z zaborcą  mają niedaleko swoją kwaterę wykonaną w r. 1917 według  projektu łódzkiego artysty rzeźbiarza – Wacława Konopki.

Przyglądając się postaciom kobiecym zdobiącym tak wiele pomników i myśląc o źródłach inspiracji twórców tych dzieł (nierzadko o dużej wartości artystycznej i wielkim ładunku uczuciowym) z łatwością mogłem podzielić ich przekonanie, że nikt i nic mocniej i szlachetniej nie odda głębi rozpaczy w obliczu śmierci niż pogrążona w żalu i smutku kobieta. Stąd też właśnie w kobiecej postawie, spojrzeniu, geście, szukali i znajdowali najpełniejsze odzwierciedlenie dramatu ostatecznego rozstania z bliskimi. Na bardzo nieraz przejmujące w swojej wymowie efekty tych poszukiwań i artystycznego natchnienia natrafiamy na Starym Cmentarzu niemal co krok. I to właśnie te groby przemawiają do nas w sposób szczególny. Skłaniają do głębszych  refleksji, spośród których bardzo prozaicznie, ale i prawdziwie  brzmi konstatacja, że: "Naprawdę głęboka rozpacz jest zawsze rodzaju żeńskiego...”

*                             *                             *

W miarę wędrówki po Starym Cmentarzu zacząłem też nabierać pewności co odpowiem na propozycję Czuldy, odnośnie tytułu przyszłego filmu. Pewnego dnia bowiem, kiedy rozmawialiśmy o należytym wkomponowaniu komentarza w warstwę zdjęciową, a także o późniejszej promocji i emisji „Nekropolis” – Andrzej zasępił się nieco i powiedział:  
- Pamiętaj, że to tylko tytuł roboczy. Wystarczający dla nas w tej fazie pracy, ale potem, kiedy pójdzie do ludzi to… Warto byłoby go jakoś rozwinąć, czymś uzupełnić… Pomyśl nad tym, pokombinuj. Tylko żeby to było – no wiesz…. nośne. Żeby przemawiało do wyobraźni widza… Oczywiście nic w rodzaju: „Nekropolia Łodzi przemysłowej” nie wchodzi w rachubę. Za sztywne, za drętwe…  
To, że rozumiałem jego obiekcje i życzenie nie oznaczało jeszcze, iż wiedziałem jak temu „zamówieniu” mam sprostać. Podnosiło mnie jednak na duchu wieloletnie doświadczenie dziennikarskie, kiedy to często, przy bezskutecznym wymyślaniu  celnego i ciekawego tytułu dla artykułu czy reportażu,  najlepszą pomocą okazywało się nagłe olśnienie. To ono spadało z nieba, podpowiadało najwłaściwsze słowo, określenie, przenośnię – dając autorowi szansę na pobudzenie wyobraźni i zainteresowanie czytelnika podejmowanym tematem.  
Podobnie stało się i tym razem, kiedy zaufałem intuicji, nastrojowi i atmosferze Starego Cmentarza. Tego miejsca szczególnego, bo pośmiertnego, zbratania  ludzi różnych  nacji, odrębnych wyznań, nieporównywalnych pozycji społecznych, odmiennych zasług dla miasta (jedni budowali fabryki, inni szkoły, a jeszcze inni… barykady).  Po jakiejś godzinie spaceru przez różne części cmentarza, wśród grobów pozornie odległych, a połączonych wspólnym błaganiem o pamięć i modlitwę do jednego Boga – pojąłem co mnie w tym miejscu ujmuje najbardziej. I wiedziałem już, że tytuł, jaki zaproponuję  brzmiał będzie następująco: „NEKROPOLIS – ŁÓDZKIE TRÓJPRZYMIERZE CIENI…”  
Zrobiłem to zaraz po powrocie do domu – telefonicznie. Andrzej z miejsca „kupił” moją propozycję. Oddawała bowiem zarówno charakter tego starego, trójwyznaniowego cmentarza, jak również generalną ideę filmu. Myślałem o niej jeszcze długo po odłożeniu słuchawki, aż w pewnym momencie „coś” mnie podkusiło, aby sięgnąć do tworzonego od lat  archiwum cytatów i wycinków. Przeczucie zaprowadziło mnie szybko na właściwą stronę. A tam znalazłem myśl wyrażoną przez nieżyjącego już od dawna, ale bardzo niegdyś cenionego polskiego pisarza, Wacława Berenta:  

 
Powiadają, że należy żyć dla tych, którzy przyjdą po nas, ale nikt jeszcze nie pouczał, żeby żyć dla tych, którzy byli przed nami.”  
Z pewnością miał rację Berent, zwracając w ten sposób uwagę swoich czytelników na potrzebę pamięci o tym skąd przyszliśmy, a nie tylko o tym dokąd idziemy. Pomyślałem, że warto przypomnieć o tym przesłaniu w komentarzu i wypowiedzi narratora, do którego obowiązków miałem przecież przystąpić już niedługo.

PÓŁNOC MINĘŁA... ZACZYNAMY!  
Nigdy w życiu nie przychodziłem na cmentarz późnym wieczorem, a co dopiero o drugiej w nocy. Ale właśnie o tej porze, w autentycznej, a nie wykreowanej przez scenografów, scenerii cmentarnej miały się rozpocząć zdjęcia do pierwszej „setki”, czyli kręconej „na żywo” wypowiedzi narratora. Przygotowania do tego ujęcia z udziałem odpowiednich filmowych „służb” rozpoczęły się kilka godzin wcześniej. Andrzej zwolnił mnie od asystowania przy tych zabiegach obligując jedynie do czuwania przy telefonie i gotowości do zjawienia się przed kamerą na pierwsze wezwanie. Jakoż godzinę po „godzinie duchów” moja komórka zapiukała, zaćwierkała i usłyszałem: głos Czuldy: „Zwijaj się – czekamy!”  
Jechałem szybko przez uśpione miasto, uwolnione przez noc od całodziennych (i codziennych) korków. Stary Cmentarz w niczym nie przypominał teraz miejsca mojej niedawnej wędrówki. Idąc ciemnymi alejkami nie miałem oczywiście „duszy na ramieniu” a jedynie tremę, chociaż po drodze na plan pomyślałem (głupio – to prawda – ale jednak pomyślałem): „Czy ONI akceptują fakt, że nie zjawiliśmy się tu, aby świętokradczo przeszkadzać im w śnie wiecznym, ale by o NICH z największym szacunkiem opowiedzieć?”  
Z tą (przed sobą tylko ujawnioną) nadzieją zjawiłem się przed obliczem reżysera. Nawet się ucieszył, że po drodze na plan nie zabłądziłem w ciemności w jakiś odległy mroczny zakątek. Operator – Jacek Siwecki – przyjrzał mi się uważnie, jakby oceniając, czy przyodziałem się stosownie do pełnienia roli (miałem na sobie długi ciemnogranatowy – prawie czarny – płaszcz), i nie widząc widać powodów do krytyki, kiwnął z aprobatą głową. Równie życzliwie potraktował moje przybycie kierownik produkcji Krzysztof Sułek.  Po tym krótkim, acz uważnym, przeglądzie stanąłem gdzie mi stanąć kazali, Andrzej zasiadł na reżyserskim krzesełku przed monitorem wyświetlającym obraz z kamery i... z należytym skupieniem zabraliśmy się do roboty.    
Na początek powiem, że było… ciemno wszędzie, głucho wszędzie, a w dodatku nienajcieplej. Dopiero potem rozświetliły wszystko łuny bijące od kolejno włączanych reflektorów, setki metrów kabli zaczęły pełznąć po alejkach i między grobami niczym grube na palec węże, a przez cmentarną bramę wolno, z namaszczeniem wjechał karawan ciągnięty przez parę czarnych jak noc – bo jakżeby inaczej!? – koni.   
Sztuczne dymy owinęły się wokół pomników i kaplic, drzewa zdawały się drgać i unosić coraz wyżej w tej upiornej poświacie, liście błyszczały i dygotały jak nigdy dotąd. A ja… Nie błyszczałem wprawdzie, ale dygotałem również i to bez większych oporów…  
Dlaczego? To proste. Był to przecież, jak to się teraz często mówi o filmach: „obraz”,  tyle że z największą obsadą aktorską z jaką dotąd przyszło mi współpracować. Jednakże ONI, czyli współobecni na planie, mieli dużo łatwiej ode mnie. Nie musieli nic mówić (wszak powiedzieli już wszystko, co chcieli powiedzieć) i w ogóle nie mieli cienia tremy. Pewnie dlatego, że byli już cieniami, a ich rolą  było już tylko jakże  w y m o w n e  milczenie i nieruchoma asysta.  
Mówić miałem wyłącznie ja, co przyznaję onieśmielało mnie ze względu na wspomniane audytorium i nakazywało bardzo liczyć się ze słowami.  
Czasami jednak, zarówno tamtej nocy, jak i w ciągu kolejnych dni zdjęciowych, zdarzało się, że wobec tego, co przyszło mi oglądać w różnych częściach cmentarza, po prostu brakowało mi słów. A przecież dobrze wiedziałem, co chcę powiedzieć. Przygotowany dla narratora tekst był już dawno gotowy, a pisałem go z wielką dbałością i szacunkiem dla faktów. Nie wszystkie jednak na to zasługiwały. O moich odczuciach przy uszkodzonym pomniku Pogonowskiego już pisałem. Teraz  jednak,  w konfrontacji z tym, co zobaczyłem w zabytkowej kaplicy Scheiblerów  oraz w jej krypcie grobowej, okazało się, że wszystkie wcześniej zaplanowane określenia pod adresem tych, którzy zdewastowali i zbezcześcili to wnętrze wydały mi się zbyt łagodne.  
Co innego bowiem czytać cudze relacje o dokonanych przez wandali zniszczeniach, a co innego oglądać skutki takiego barbarzyństwa na własne oczy. Po tej  konfrontacji przygotowane wcześniej słowa nie pasowały do mojego zaskoczenia. Splądrowane, i zniszczone a tak niegdyś piękne, wnętrze nie mogło już przecież budzić dawnego szacunku i podziwu, a jedynie niesmak i wstyd… 
Najbardziej doskwierała mi, i przygnębiała na długo, świadomość że większości tych zniszczeń nie dokonano w jakimś powojennym szale, ale na przełomie lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych – dla zabawy, w celu zarobienia pary złotych w punkcie złomu, z totalnej głupoty, lub z bestialskim rozmysłem i obojętnością dla świętości każdego miejsca pochówku…  
Ponieważ ochrona obiektu była kiepska, lub żadna, do środka włamywali się z łatwością złodzieje i wandale. Z kaplicy i krypty wynoszono płyty marmurowe i elementy żelazne. Skradziono kandelabry z brązu, przepadła bogato oprawna Biblia. Czego nie dało się wynieść – niszczono. Taki los spotkał pamiątkowe popiersia Karola i Anny Scheiblerów oraz tablice epitafijne. Pastwiono się nad umieszczonymi tu niegdyś pięknymi pomnikami. Obtłukiwano detale architektoniczne. W głównym ołtarzu zniszczono marmurowy krucyfiks. Nie ma już Anioła Pokoju, w przepięknej Piecie Chrystusowi odłamano ramię, a Jego Matce –  dłoń i głowę…  
Profanacja i dewastacja tego miejsca uczyniła z dawnej perły architektury neogotyckiej niemalże ruinę. Jeszcze smutniejszym i trudniejszym przeżyciem były zdjęcia w krypcie grobowej. Grasujące w niej hieny cmentarne, rozbiły trumny i sprofanowały szczątki Karola Scheiblera, dwóch jego wcześniej zmarłych synów – Leopolda i Feliksa, żony Anny, wnuka i wnuczki oraz innych przedstawicieli rodu Scheiblerów.  
Nie mówiłem więc wiele. Z trudem zdobyłem się tylko na wydobycie ze ściśniętego  gardła ubolewania, że nie ma tu już prochów wołających do potomnych o pamięć, a tę żałosną pustkę wypełnić może jedynie potępienie  dokonanego tu barbarzyństwa...

*                             *                             *

Kolejne dni zdjęciowe były niejako powtórzeniem mojej wcześniejszej wędrówki po cmentarzu. Planowane przez Andrzeja i Jacka ujęcia miały pokazać zarówno wartość artystyczną, jak i historyczną, wielu nagrobków i pomników, otworzyć wyobraźnię widza na przeszłość i obecność w niej tych, którzy zasłużyli na to, aby za  naszym pośrednictwem znaleźć także godne miejsce w teraźniejszości i przyszłości. Temu otwarciu wyobraźni służyć miały również inscenizacje – mające formę podróży w czasie – podczas których towarzyszyliśmy pogrzebowi fabrykanta i pochówkowi robotnika, a nawet – za sprawą pomocy ze strony łódzkiej straży pożarnej – udało nam się spojrzeć na Stary Cmentarz „z lotu ptaka”.  
Kamerze, jej operatorowi i narratorowi pomógł w tym specjalny dźwig, jeden z nielicznych w Polsce o sięgającej tak wysoko platformie.  To dzięki temu wywyższeniu wzniosłem się na nieosiągalne dotąd, w żadnym „moim” filmie, „wyżyny interpretacyjne”. Uniesiony zostałem bowiem na wysokość blisko 70 metrów i stojąc w specjalnym koszu, niczym na głowie wielkiej „żyrafy”, patrząc bez lęku i zawrotów głowy na Stary Cmentarz (przydał się wielomiesięczny trening sprzed lat, czyli praca na rejach „Pogorii”), szykowałem się do wypowiedzenia swojej kwestii.  
Widok był zaiste urzekający. W dole, na całym obszarze trójwyznaniowego cmentarza,  płonęły tysiące ogników zapalonych z okazji Święta Zmarłych, a tu, na górze, w wietrze wiejącym z szybkością ok. 40 km/godz., zdrętwiały mi wargi i język nie ułatwiając  wypowiedzenia poruszającego przesłania Wacława Berenta o tych, którzy przyjdą po nas i  tych, którzy byli przed nami...    
Skupiony, jak nigdy dotąd, powiedziałem  w końcu to, co zamierzałem powiedzieć. Najpierw raz – potem drugi i trzeci, aby kolejne duble mogły zapewnić reżyserowi „komfort wyboru” najlepszej wersji. Smukły dźwig wdzięcznie i z wyczuciem kołysał się na wietrze (osiągającym w porywach siłę pięciu stopni w skali Beauforta) ale nasz pobyt „na wysokościach” dobiegał końca. Krótkofalówka z dołu potwierdziła, że magnetofon usytuowany u stóp dźwigu zarejestrował mój tekst toteż nie było powodu byśmy mieli się nadal wywyższać nad resztę ekipy. Zresztą wkrótce reżyser sprowadził narratora niejako w sposób podwójny na ziemię. Ledwie bowiem złapałem lądową równowagę postanowił – na  zakończenie, a raczej „na wszelki wypadek” – nakręcić „dźwigową” kwestię także w parterze.  
I tak oto w ostatnim ujęciu musiałem robić za zawalidrogę. Był przecież 1 listopada – Święto Zmarłych – toteż stojąc vis a vis kamery na środku głównej alei Starego Cmentarza zmuszałem łodzian, tak licznie odwiedzających pod wieczór tę piękną nekropolię, do omijania mnie szerokim łukiem. Aby było sprawiedliwie dodam, że siebie też zmuszałem. Do udawania, że nikogo nie widzę, że nikt mnie nie peszy i absolutnie nie mam pojęcia, co to za ludzie machają do mnie oburącz na znak uznania i przyjaźni, domagając się podobnie serdecznych gestów...  
Dopiero teraz mogę im podziękować za te oznaki sympatii i otuchy oraz wyjaśnić, że to  nie żaden Alzheimer winien był mojej rzekomej amnezji, bądź ostentacyjnej obojętności. Nie odcinałem się również (pełen pychy z tytułu „pracy w filmie”) od dawnych znajomych. Nie byłem (i nie jestem) źle wychowanym i zadufanym w sobie facetem, a cała odpowiedzialność za moje cmentarne postępowanie spoczywa na reżyserze, który kazał mi się zachowywać przed kamerą tak, jakbym słyszał za plecami zalecenie Poety: Pełno nas, a jakoby nikogo nie było…”  
Była to zapewne właściwa w tym momencie metafora, ale prawdą było przede wszystkim to, co miałem powiedzieć na koniec tego ujęcia:  

„CMENTARZE PEŁNE SĄ LUDZI, BEZ KTÓRYCH ŚWIAT NIE MÓGŁBY ISTNIEĆ.”
I dlatego odwiedzając nekropolię przy ulicy Ogrodowej warto się zastanowić, czy bez tych cieni, które zawarły  na Starym Cmentarzu tak szczególne trójprzymierze istniałaby Łódź? I czy byłaby taka jaką jest  dzisiaj?

FINIS CORONAT OPUS  
Zdaję sobie sprawę, że obecnie w gimnazjach i liceach nie uczą już łaciny. Uznano to ponoć za zbędne obciążanie uczniów martwym językiem, w sytuacji gdy dużo przydatniejszej, bo współczesnej i żywej „łaciny” doskonale uczą podwórka i ulice. Co celniejsze słówka i zwroty utrwala także „nowoczesna” (znaczy wolna od przesądów językowych) literatura, a i sztuka filmowa ma na tym polu coraz większe zasługi, chociaż niewykluczone, że i X Muza słucha niektórych dialogów zawiedziona i zniesmaczona. Jeśli o mnie chodzi, to jako „łacinnik starej daty” wyszedłem z założenia, że warto czasem skłonić czytelnika do intelektualnego wysiłku. Dlatego nie będę tłumaczył tytułu tego pożegnalnego rozdziału, bo i tak wszyscy już sobie przecież przypomnieli, że obwieszcza on po prostu fakt iż:
„Koniec wieńczy dzieło”.  
Można by ten cytat zgrabnie połączyć ze stosunkiem widzów i krytyki do filmu Andrzeja Czuldy którego oficjalna premiera odbyła się w marcu 2009 roku w gościnnych murach łódzkiego Muzeum Kinematografii. Ale nie tylko ona przyniosła życzliwe i łaskawe głosy wielu widzów. Wówczas jednak, tj. po zakończeniu zdjęć do tego zasługującego na uznanie przedsięwzięcia, mogliśmy o tym jedynie marzyć.  
W chwili kiedy pisałem ostatni rozdział tych wspomnień do premiery zostało jeszcze trochę czasu. Andrzej rozpoczął właśnie przegląd nakręconego materiału (a była tego cała góra kaset), wkrótce przystąpi do montażu, a potem z pewnością będzie mnie poganiał przy pisaniu komentarza ostrzegając,  że wszelkie opóźnienia w późniejszym udźwiękowieniu będą wyłącznie moją „zasługą”. No cóż, w takich sytuacjach najgorzej jest być tzw. „ostatnim ogniwem”, ale niech mu tam będzie... Najważniejsze, aby przyszli widzowie podzielili nasz pogląd, że Stary Cmentarz w Łodzi jest nekropolią, o której słusznie i w ciekawy sposób przypomnieliśmy Polsce i Europie.  
Wiele opinii potwierdziło te oczekiwania, ale teraz chciałbym wraz z czytelnikami zatrzymać się – a właściwie powrócić – do wydarzeń jakie miały miejsce po zakończeniu zdjęć do „Nekropolis”. Każdy taki finał – nawet jeśli odbywa się w cmentarnej scenerii, ma bowiem swoje niezbywalne i tradycyjne prawa. Dlatego wyznam, że aby nie lekceważyć tradycji (a także zaspokoić głód, pragnienie i potrzebę odprężenia po wyczerpującej i pełnej napięcia pracy) chętnie i pod wezwaniem Czuldy udaliśmy się wszyscy owego listopadowego wieczoru na pewne podwórko.  
Łączyło ono ulicę Piotrkowską z ulicą Wschodnią. Ucieszył mnie ten docelowy adres, ponieważ spędziłem w tej okolicy blisko 30 lat, a jako chłopak urodzony na Wschodniej znałem tu wszystkie bramy, tajne przejścia, tudzież inne zakątki. Za moich lat młodych, chmurnych i durnych poza słynną do dziś (i oby nieśmiertelną!) „Golonką” nie było tu jednak lokalu pod tak bardzo egzotycznym szyldem. Przybytek,  który postanowiliśmy zaszczycić swoją obecnością przedstawiał się bowiem gościom jako „Cape Horn”. Na widok tego napisu przeszedł mnie natychmiast dreszcz emocji, jako że ta –  obca wielu „szczurom lądowym” – nazwa  wywołała we mnie ekscytujące wspomnienia z żeglugi   „Pogorią” w okolicach prawdziwego Przylądka Horn znanego także pod czułym określeniem „Starego Ludożercy”.  
Tym razem jednak to nie my mieliśmy być zjedzeni, ale sami –  po paru godzinach pobytu w chłodzie i wietrze –  pragnęliśmy wprowadzić jakieś „małe co nieco” do organizmu. Niestety, lokal był pusty, nie licząc pogrążonej w dziwnym smutku obsługi. Do jedzenia były tylko czipsy, a do picia piwo. W tej sytuacji zaczęliśmy naszą postfilmową i pocmentarną „stypę” od „zupy chmielowej”, a po krótkich negocjacjach udało nam się także namówić personel do zorganizowania dla nas w pobliskiej pizzerii i dostarczenia na nasz stół kilku egzemplarzy tego posilnego i – oby tylko gorącego! –  placka.  
Czas jednak mijał, piwo się kończyło, a wymarzona pizza ciągle była poza zasięgiem przygotowanych już wcześniej noży i widelców. Mimo tej zwłoki (znów przepraszam za niestosowne przy stole skojarzenia) optymizm i głód nie chciały nas opuścić dlatego też nasza rozmowa zeszła szybko na tak zwaną „świetlaną przyszłość”. Terminem tym objęliśmy zarówno losy filmu jak i  nasze własne życiowe perspektywy, które rodzi lub uśmierca, daje lub odbiera, życie w filmowym stresie. Ktoś kto zapomniał, lub nie bierze pod uwagę z jakiego miejsca „przypłynęliśmy” do „Cape Horn”, temu nasze rozważania mogą się wydać dziwne, a może nawet niewłaściwe. My jednak byliśmy zdania iż szereg dni i nocy spędzonych na cmentarzu upoważniało nas, a nawet obligowało, do poważnej dysputy filozoficzno-egzystencjalnej.  
Wracając do sprawy przyszłości to wtedy – przy stoliku w „Cape Horn” – widzieliśmy ją różnie, ale najdalej w prognozach zaszedł operator Jacek Siwecki. Człowiek ów, tryskający dotąd energią i optymizmem, nie sprawiający wrażenia iż dręczą go dziwne przeczucia, najpierw popadł w głęboką zadumę po czym, z tajemniczym błyskiem w oku, poprosił o kartkę papieru. Nie dostrzegaliśmy w tym żądaniu niczego złego, ani zaskakującego. Ot, pewnie Jacuś przypomniał sobie o jakiejś ważnej sprawie, a że w grę wchodziło jeszcze jedno piwo, postanowił zabezpieczyć się na przyszłość, czyli  móc w razie czego wzmocnić stosowną notatką potencjał osłabłej pamięci.  
Tak więc Pan Operator pisał coś w skupieniu, poważniejąc z każdą chwilą, po czym z dziwnym uśmiechem – osłabiającym tę powagę i sugerującym jakąś niesamowitą niespodziankę –  podał mi  (dlaczego właśnie mnie!?) sporządzony z taką powagą tekst. Spojrzałem nań i... zaniemówiłem. Było to bowiem – ni mniej ni więcej – tylko całkiem formalne „UPOWAŻNIENIE”.  
Ba! Ale do czego? Myli się ten, kto sądzi, że pod wpływem jakiegoś dobroczynnego natchnienia Jacuś scedował na mnie swój przyszły kawałek pizzy, ewentualnie honoraria i tantiemy za zdjęcia do Nekropolis. A skądże! Upoważnienie dotyczyło spraw ziemskich, bo z ziemią – choć  w dość ograniczonym metrażu – mocno związanych. Jednocześnie zaś nie ukrywało swego związku z obszarem określanym zwykle mianem „zaświatów”…  
No dobrze. Aby nie drażnić dłużej ciekawości czytelnika, zacytuję stosowny tekst w całości, aby udowodnić do jakiej desperacji może doprowadzić operatora filmowego trzytygodniowa praca na cmentarzu oraz nieco krótsze, ale również mało wesołe, kwadranse oczekiwania na ciągle nieobecną pizzę. Otóż Jacek S. z pełną odpowiedzialnością za słowo i w przytomności ośmiorga obecnych, będąc w pełni – jak się zarzekał – władz umysłowych,  stwierdził na piśmie co następuje:  

Upoważniam ob. Zdzisława Szczepaniaka do zredagowania i napisania mojego epitafium na nagrobek. Loco – Kraków cmentarz Rakowicki.  

Odpowiednie służby zapewnią jego umieszczenie. Równocześnie wyrażam zgodę na różne reminiscencje i dywagacj
e na mój temat w publikacjach wyżej wymienionego.”

*                             *                             *

Cisza, jaka zapadła po odczytaniu przeze mnie tego wstrząsającego tekstu, nosiła charakter zaiste grobowy. Trudno zresztą żeby było inaczej. Na szczęście gromki śmiech, jaki ją potem uzupełnił, był dowodem, że umieliśmy się w porę otrząsnąć z ponurego nastroju. Kiedy już wszyscy obśmialiśmy się dostatecznie z cmentarnego poczucia humoru Jacka S. – adresat upoważnienia (znaczy ja) powiedział głosem nieco jednak zdławionym z przejęcia:  
- Jacku drogi, dziękuję za zaufanie, postaram się sprostać zamówieniu, ale powiedz mi przyjacielu, co będzie jeżeli ja… Hm… cholera, żeby tylko nie zapeszyć… No więc krótko: co będzie jeżeli ja… Jeżeli to mnie los… Jeśli nie tobie, ale mnie pierwszemu przyjdzie oddalić się na Tamtą Stronę?  
- Nic się nie martw. Nie przyjdzie. – padła zdecydowana, i oby prorocza, odpowiedź. - Wraz z upoważnieniem dałem ci bowiem motywację do bardzo długiego życia. Tak długiego, abyś zdążył spełnić to, coś mi przed chwilą obiecał przyjmując moje upoważnienie.   
Cóż było robić? Mimo, że owa chwila była niesamowita, wzniosła, szlachetna, aczkolwiek również cokolwiek upiorna, szykowaliśmy się – ja i Jacek – do padnięcia sobie w ramiona, aby braterskim uściskiem potwierdzić epitafijne zobowiązanie.  
Obyło się jednak bez pieszczot, ponieważ w tymże momencie wniesiono pizzę i wszyscy z ulgą rzuciliśmy się do upragnionej konsumpcji. Nikomu nie zaszkodziła. Włącznie ze mną i Jackiem. A sporządzone przez niego upoważnienie postanowiłem schować do specjalnego i osobistego archiwum, z wiarą i nadzieją, że ani mnie ani Jackowi ta „epitafijna zabawa” nie przyniesie pecha.  
Oczywiście nie mogliśmy zakończyć spotkania tak wzniosłą (ale i mrożącą krew w żyłach)  pointą. Wybraliśmy więc  na finał coś w rodzaju Wielkiej Improwizacji, w ramach której każdy z członków ekipy wyraził się na piśmie i na ogół życzliwie  pod adresem Pana Reżysera. Pamiątkowe „wyrażenia” i inne autobiograficzne wpisy zostały uwiecznione nie w marmurze, lecz na bardziej właściwym dla czasu i miejsca materiale. Były nim... tekturowe pudła po świeżo spożytej pizzie, którą zastąpiły równie smaczne i rymowane na gorąco fraszki, wierszyki i inne facecje.  

Spisywaliśmy je w pośpiechu, a więc nie zawsze czytelnie, ale Szanowny Adresat docenił nasze dobre intencje, ponieważ z ochotą – a nawet skwapliwie – zabrał oryginalne pamiątki i dowody naszego dlań uznania, z zamiarem umieszczenia ich (jak sądzę) na jakimś poczesnym miejscu w swoim prywatnym reżyserskim lokalu.  
Na razie te wyrafinowane artystycznie teksty, dowody naszego poczucia humoru i poetyckiego talentu, muszą pozostać nieznane szerszemu ogółowi. Jest wszakże  nadzieja, że w przyszłości – np. z okazji 50-lecia pracy twórczej Andrzeja B. Czuldy – zostaną one wydobyte na światło dzienne i po należytej renowacji (oraz wyborze stosownej restauracji) zostaną uroczyście zaprezentowane koleżankom, kolegom i rodzinie jubilata – wnucząt i sąsiadów nie wyłączając.

*                            *                             *

Śmiała decyzja Jacka Siweckiego sprawiła, że dziś, kiedy wspominam i podsumowuję swoje przeżycia na trasie od „wyrzutka” do cmentarnego cicerone, postanowiłem i ja sporządzić coś w rodzaju upoważnienia (ale nie prośby o epitafium!). Czyniąc tak kieruję je – w nastroju poważnym i uroczystym – do wszelkiego rodzaju znanych mi i nieznanych PROMINENTÓW, ULUBIEŃCÓW I PRACOWNIKÓW X MUZY.   
Fundamentem tego planu (i upoważnienia) jest nadzieja (bardzo cicha, ale za to gorąca), że moja „kariera aktorska” – oczywiście w dużym i grubym pisana cudzysłowiu – nie skończy się na najsławniejszym łódzkim cmentarzu, ale że tak łaskawa dla mnie dotąd X MUZA zechce na ów finał wybrać jakieś przyjemniejsze miejsce.  
Moim skromnym zdaniem nadawałaby się do tego celu jakiś wytworny (choć niekoniecznie zagraniczny) lokal gastronomiczny, w którym chętnie odegrałbym rolę biesiadnika (ale nie kelnera!), jako że z biegiem lat obok rozkoszy łoża zacząłem także coraz bardziej cenić uroki suto zastawionego stołu.  
Innym atrakcyjnym planem zdjęciowym mogłoby być kasyno w Monte Carlo, w którym zgodziłbym się przehulać znaczną część ostatniego (oby było najwyższe!) honorarium. Nie pogardziłbym też jakąś piękną egzotyczną plażą (z wyjątkiem Copacabany, bo tę już widziałem i bez fałszywego zadęcia przysięgam, że wolę od niej piasek i wspomnienia z Jastrzębiej Góry…). Dla ułatwienia wyboru przyszłego finalnego planu filmowego z moim udziałem dodam, że ponieważ nie byłem dotąd na Hawajach, Tahiti, czy „chociażby” na Samoa – chętnie znalazłbym się właśnie tam – przed kamerą i w dowolnej filmowej roli, czy postaci. Nie mam bowiem żadnych specjalnych wymagań, z wyjątkiem dogodzenia własnej i widzów satysfakcji.  
W celu rozwiania wszelkich w tej mierze wątpliwości zapewniam, że zgodziłbym się nawet zostać (w ramach specjalnych efektów komputerowych) żarłocznym i groźnym rekinem – najchętniej oczywiście finansowym. Mógłbym też być (cóż za skromność!) płochliwym krabem, 300-letnim żółwiem wygrzewającym się w piaskach jakichś pacyficznych „wysp szczęśliwych”, a nawet anonimową falą przyboju – pod warunkiem, ze pozwolono by mi ukołysać, lub łagodnie wturlać na plażę ciało jakiejś pięknej polinezyjki…   
Jedyną propozycją, jaką musiałbym w tych sielskich warunkach odrzucić byłaby rola podzwrotnikowej palmy. Dlaczego? Cóż takiego odpychającego widzę w palmach? Ja – nic. Natomiast pewien jestem, że budziłaby ona u zbyt wielu osób mało sympatyczne dla mnie skojarzenia. Jakie? Otóż pewien jestem. że nawet gdybym dał z siebie na planie wszystko (albo i więcej), gdybym bez lęku i mimo oporów kręgosłupa  przegiął się najwdzięczniej nad falami oceanu (vide typowe pocztówki z tropików) to i tak moja palmowa kreacja wzbudziłaby wredne komentarze zawistników.  
Takie „życzliwe zainteresowanie” dopada zresztą często ludzi wrażliwych i skromnych, a co dopiero takich, którzy gotowi są na wszystko w ramach tzw. „parcia na szkło”, a tym bardziej na panoramiczny ekran. Nie powiem teraz obłudnie, że ja oczywiście „olewam” i lekceważę to, co z owego „parcia” wynika. Bez przesady. Jednakże łódzki cmentarz nauczył mnie wystarczająco dużo pokory, abym  znalazł w sobie dość siły, do odrzucenia ewentualnej  palmowej pokusy. Powód takiej decyzji (i poświęcenia) jest nader prosty: zbyt wielkim  i niezbywalnym szacunkiem darzę X MUZĘ, abym z powodu mojego umiłowania sztuki filmowej miał się narażać na złośliwe uwagi tych, którzy udając znawców kina i ludzkiego charakteru, twierdziliby na mój „palmowy” widok z satysfakcją: 
„Jeszcze na tym cmentarzu to gość był całkiem normalny, ale teraz to mu już całkiem PALMA ODBIŁA”...

*                             *                             *

No i co miałbym wtedy na swoją obronę? Chyba tylko wyłącznie  złocistego „Oskara” wręczonego mi, w imieniu X Muzy, przez reżysera Czuldę w sposób wirtualny, czyli najbardziej nowoczesny z możliwych…

 

Leszek Skrzydło   „Z TAMTEJ STRONY KAMERY”
Projekt okładki, zdjęcia, wybór zdjęć: Andrzej B. Czulda
Wydawnictwo: Muzeum Kinematografii w Łodzi – 2008

 (…) Leszek Skrzydło, który spisał i zredagował wspomnienia kilkudziesięcioletniej pracy z tamtej strony kamery, jawi się jako kronikarz i dokumentalista w pełni świadomy znaczenia swojej relacji. Jego dorobek filmowy żyje własnym życiem: każdy zrealizowany obraz jest już przeszłością. Ale ciągle przecież kontekst, czas, miejsce, ludzie, zwyczaje i problemy, w których i z którymi działał, nie do końca jest zamknięty. Dopiero spisane ślady tamtych zdarzeń dopełniają obraz. Dzięki takim relacjom wiemy więcej o ludziach, którzy razem coś tworzyli, z których wielu już odeszło, wielu niczego nie napisze i nie opowie, bo nie wszyscy pamiętają, nie wszyscy mają ochotę i nie wszyscy obdarzeni zostali talentem narracyjnym autora tej książki.
Ten inny, czasami odwrócony a czasami lustrzany obraz świata obecnego w zrealizowanych filmach jest swoistą wartością dodaną nam po latach przez autora. Jestem przekonany, że jej wartość i znaczenie będą rosły z latami. (…)
Mieczysław Kuźmicki
Dyrektor Muzeum Kinematografii

Spis treści:

str 4       Wstęp
str 5       Zacznijmy od podsumowania
str 6       Kopalnia nad Czarną Hańczą
str 11     Seweryn Bącała
str 15     Janusz Czecz czyli Cyzio
str 19     Grzegorz Denys
str 24     Życie w rozjazdach i zajazdach
str 30     Od redakcji do realizacji
str 62     Samolustracja

str 63     Biblia
str 68     Wyprawa w nieznane: Włochy, Syria
str 86     Turcja
str 90     Grecja
str 94     Pokłosie wyprawy
str 98     Filmy o zabytkach i ochronie przyrody
str 102  Spotkanie z Syberią
str 108  Kościoły chrześcijańskie
str 115  Dzieje kultury polskiej
str 134  Rody fabrykanckie
str 140  Filmografia
str 145  Indeks nazwisk

KOŚCIOŁY CHRZEŚCIJAŃSKIE - fragment
(...) Kręciliśmy też na Mazurach, konkretnie w Mikołajkach, gdzie miejscowy pastor zgromadził niezwykle ciekawe dokumenty, dotyczące tutejszej parafii z lat przedwojennych, także pisane czy drukowane po polsku. Była dość ostra zima, a dokumenty trzeba było filmować w miejscach ich ekspozycji to jest w kościele. Nazbyt zimnym o tej porze. Nie muszę przekonywać, że zmarzliśmy porządnie. Pastor zaprosił nas na plebanię, żeby się rozgrzać przy herbacie. Przepraszał, że nie miał niczego konkretniejszego na rozgrzewkę. To znaczy miał spirytus, ale nie rozcieńczony. Całe pół litra. Chłopcy spojrzeli po sobie i któryś nieśmiało się odezwał. 
– To nie problem. Można to zrobić raz dwa i zaraz będzie do użytku, o ile oczywiście pastor pozwoli.
Pastor pozwolił, ja zdążyłem tylko krzyknąć:
- Weźcie ćwiartkę, nie więcej, bo nie wypada! – ale Grzegorz i Andrzej Czulda już urzędowali w kuchni. Nie wiem, czy nie był to chrzest Andrzeja Czuldy w naszej ekipie, bo on przystał do nas właśnie przy Luteranizmie. Chrzest był udany, chłopcy się spisali, a ponieważ nie mieli tyle butelek pod ręką, żeby to dzielić na ćwiartki, rozrobili całe pół litra. Pastor nie protestował, a my mogliśmy powiedzieć, że się wreszcie rozgrzaliśmy po zdjęciach w zimnym kościele. (...)  

DZIEJE KULTURY POLSKIEJ - fragmenty
(...) Niemal równocześnie z kończeniem cyklu o kościołach chrześcijańskich zajęty byłem przygotowaniami do kolejnego zamówienia z telewizji pod ogólnym tytułem Dzieje kultury polskiej – dziesięć godzinnych filmów do podziału wśród kilku realizatorów. Film otwierający cykl pt. Słowiański świt zrobił Jan Jakub Kolski. Ja wziąłem ciąg dalszy czyli Polskę piastowską, a to oznaczało, że mam przed sobą 4 filmy do zrobienia. (...)
(...) Nie były to łatwe filmy zwłaszcza pod względem organizacyjnym. Grzegorz wziął do pomocy kolegę po fachu i w ten sposób dołączył do nas Waldemar Krzak. Zdjęcia do dwóch pierwszych filmów robił Jacek Duszyński (to był jego samodzielny debiut). Janusz Czecz w tym czasie kręcił ze swoją żoną Barbarą (tu musiałem ustąpić bez dyskusji). Jacek miał trochę tremę, ale ja w niego wierzyłem i, jak się okazało, słusznie. Uciążliwe warunki stwarzała mapa naszych obiektów zdjęciowych. Gniezno i Kraków były obowiązkowe przy każdym z tych filmów, ale dochodziły do tego mniejsze miejscowości, nieraz daleko od przetartych szlaków, gdzie trzeba było jednak dotrzeć. Staraliśmy się, żeby filmy miały charakter prawie monograficzny, choć było wiadomo, że i tak wszystkiego kamera nie da rady objąć. Z wejściem do różnych kościołów nie było w zasadzie trudności. Wyjątek stanowiła katedra na Wawelu. Ks. Janusz Bielański, kustosz świątyni, chronił bezcenny zabytek i nie każdą ekipę filmową wpuszczał. Dość szybko zaprzyjaźniliśmy się z nim, bo widział jak uważnie i ostrożnie pracujemy, i z pozwoleniem nie było problemu. Tylko za jaką cenę! Oj, drogo trzeba było płacić za wejście z kamerą, ale po pierwsze, jak mówił ks. Bielański, to wszystko idzie na konserwację katedry, a poza tym on nam i tak liczy po znajomości czyli ulgowo. Musieliśmy mu wierzyć.
(...) Chyba jako ekipa sprawialiśmy dobre wrażenie. Wierzono nam. Np. ks. Zenon Willa w Gnieźnie dał nam klucze do podziemi, gdzie była świeża odkrywka archeologiczna ze słowami: „róbcie, co macie do roboty, potem dobrze zamknijcie”. Kiedy nam dał tak samo klucze do skarbca katedry, zadrżałem. Przecież licho nie śpi, ktoś potrąci XII-wieczny kielich, ten spadnie i tragedia gotowa. Robiliśmy zdjęcia na paluszkach i jak najszybciej pozbyliśmy się kluczy.

               
Nie zawsze takie spotkania z osobami duchownymi były miłe i przyjemne. Coś na ten temat ma do powiedzenia Andrzej Czulda. Kiedy pierwszy film z cyklu był gotów, przepisaliśmy go na kasetę i dali do przejrzenia m.in. w kurii krakowskiej. Żeby było wiadomo, co my konkretnie robimy i z jakim skutkiem. Po paru dniach poszedł Andrzej po kasetę i po kolejne zezwolenie na zdjęcia, a tam czekał cały areopag poważnych osób. Czekał pewnie na nas, winowajców, ale trafiło tylko na Andrzeja, który potem spocony opowiadał nam co przeżył. Otóż w filmie Korona pierwszych Piastów jest mowa o zatargu króla Bolesława Śmiałego z biskupem Stanisławem, zakończonym tragiczną śmiercią biskupa z rąk króla. Wiedząc, jaki to jest gorący temat, nie wdawaliśmy się w dyskusję na ekranie, tylko zacytowaliśmy Galla Anonima. Wydawało się, że jest to zabieg najbezpieczniejszy, tym bardziej, że Gall Anonim spokojnie i chyba sprawiedliwie nie rozgrzesza żadnej ze stron. Okazało się, że nie mieliśmy racji. Gall był kronikarzem na dworze piastowskiego władcy i siłą rzeczy jego świadectwa nie można uznać za w pełni obiektywne. Kościół od zawsze uważa, że winien był tylko król, którego zresztą dosięgła zasłużona kara Boża. Biedny Andrzej miał na swoją obronę tylko Galla Anonima, ale to jako argument nie wystarczyło. Jeśli jeszcze uwzględni się fakt, że poprzedniego dnia Andrzej miał urodziny, stanie się jasne, że w dniu wizyty na ul. Franciszkańskiej wypoczętą głową raczej nie dysponował. Żal mi go było, bo ten atak był przeznaczony raczej dla mnie.
               
To on wprowadził do ekipy nowy, miły zwyczaj. Często zdarzały się przecież jak nie imieniny to urodziny któregoś z chłopaków, i żeby przyjęcie z tej okazji nie było zwyczajną popijawą – Andrzej wymyślił laurki, czasem to się nazywało dyplomy, obojętnie, ale było to starannie odmalowane, z okolicznościowym wierszykiem, a jakże, i z dowcipnymi podpisami. Mam taki dyplom-laurkę z Gniezna. Spróbuję ją opisać. 
               
Podłużny arkusz papieru, tak dobrany, że sprawia wrażenie czerpanego, ale czerpany nie jest. U dołu przypięta pieczęć odciśnięta w prawdziwym laku. I tekst:
               
DYPLOM – nadany przez ekipę filmu Polska XII w. (to był tytuł roboczy, później brzmiał Krzywousty i jego synowie) Jerzemu Leszkowi Skrzydle z okazji uroczystości imienin – Gniezdun Civitas 3 june Anno Domini 1989 – 
               
Na Wzgórzu Lecha, Lechu
               
Ten dyplom od nas przyjmij
               
Uściskaj swą klikę po kolei
               
I litra wyjmij!
(i podpisy): Jędruś Czulda, Grzesio Denys, Jacuś Duszyński, Wiesio Kaźmierczak, Wojtuś Chmielewski, Lesio Wijata, Jureczek Szyszko.
Namęczył się trochę Czulda nad tym, bo w napisach stosował różne kolory, a litery równiutkie, jakby robił to wprawny grafik. No, miłe to było i jest pamiątką po tylu latach.
Andrzej Czulda wpisał się w historię ekipy na stałe, bo różnych pomysłów i przypadłości miał co niemiara. Czy były to zawsze pomysły trzeźwe? – nie pomnę.

               
Byliśmy we trzech (jeszcze Grzegorz Denys) na dokumentacji do któregoś filmu z cyklu Dzieje kultury polskiej, chyba we Wrocławiu. Kolację zrobiliśmy sobie w hotelu, żeby było taniej. Nie wiem, czy taniej, bo na stole stało jakieś szkło. Nie mogło być ono małe, bo rankiem najpierw Grzegorz stwierdził, że powietrze we Wrocławiu jest za suche. W butelce nic nie zostało. Kran z wodą odpadał. Andrzej był najmłodszy więc na niego wypadło – ma zejść na dół do restauracji i przynieść jakieś piwo. Andrzej przystał na ten pomysł tak szybko i zdecydowanie, że nie chciało mu się tracić czasu na ubieranie. Zbiegł więc na dół tylko w piżamie, ślicznej zresztą, niebieściutkiej jak południowe morze. Nie zważał na reakcję porannych gości, bardziej go zdenerwowało, że piwo wprawdzie jest, ale stoi dopiero w recepcji i czeka na transport do bufetu. Nie zastanawiał się długo. Zbiegł jeszcze jedno piętro i wtaszczył na górę cały kontener, po czym grzecznie zakupił trzy butelki piwa. Pointa jest taka, że przy wyjeździe zapomniał o piżamie. Zostawił ją w hotelu. Być może, myślał Andrzej, jakiś inny gość hotelowy będzie kiedyś musiał skoczyć rano po piwo.
               
Zdarzały mu się rzadkie na szczęście wpadki na planie. Byliśmy w Warszawie. Trzeba było m.in. jechać do Belwederu i skręcić obraz Matejki Koronacja Bolesława Chrobrego. Robota prosta, sprawa jasna, jedzcie i zróbcie to sami, powiedziałem do Andrzeja. Oglądamy po paru dniach materiały, w pewnej chwili pytam kolegów:
- A gdzie włócznia?
- Jaka włócznia? – dziwią się i Andrzej i Cyzio.
- No, włócznia św. Maurycego. Zbliżenie włóczni! Przecież Chrobry trzyma włócznię, do cholery! Tak trudno ją rozpoznać? W ogóle żeście jej nie zauważyli. Mamy do niej pecha.
Oryginalną włócznię kręciliśmy wcześniej w Krakowie i jak to w filmie bywa, coś tam w kamerze było nie tak, kontrola techniczna po prostu ujęcie zabrakowała. Byliśmy potem na zdjęciach w Gnieźnie. Nie wiedziałem kiedy Andrzej z chłopakami, ze światłem i kamerą znikli mi z oczu. Dopiero na przeglądzie skręconego materiału w Łodzi wyjaśniło się wszystko. Nagle na ekranie zobaczyłem jako żywo włócznię św. Maurycego. Skąd? Przecież nie byliśmy powtórnie w Krakowie. Okazało się, że muzeum w Gnieźnie miało bardzo dokładną kopię włóczni, Czulda to wywąchał i po cichu skręcił. Ot i cała tajemnica.
- To moja rehabilitacja za włócznię na obrazie Matejki – przyznał skromnie Andrzej.

               
Przydał nam się też, kiedy kręciliśmy zdjęcia dzikiej przyrody w rezerwacie w Słońsku do Korony pierwszych Piastów. Gdzieś trzeba było nocować i Andrzej zawiózł nas do pobliskiego Dębna Lubuskiego , do domków campingowych nad jeziorem Lipowo. Znał to miejsce, bo kręcił tu niedawno film zleceniowy dla miasta i wiedział, gdzie można tanio zamieszkać. 
               
Kręciliśmy w rezerwacie, ale zakazu łowienia ryb nie było. Rzucaliśmy więc spinningiem. Zainteresował się tym Wiesiek Kaźmierczak, który w życiu nie miał wędki w ręku. Zacząłem go uczyć jak rzucać, żeby nie zahaczyć blachą z haczykiem o głowę. Chodziło tylko o to, żeby mi nie poplątał drugiej wędki, bo na pierwszą ja łowiłem. Po pewnym czasie okazało się, że to jednak nie ja łowię tego dnia ryby. Staliśmy obok siebie, rzucaliśmy prawie w te same miejsca, ale moja rola ograniczała się tylko do tego, żeby umiejętnie zdjąć z haczyka kolejnego szczupaka, którego złapał Wiesio. Ja nie trafiłem tego dnia ani razu. Ale to nie koniec. Jeszcze i smażenie szczupaków należało do mnie. Ustawiliśmy kocher przy naszych domkach campingowych, oświetlacze zapalili jakieś małe reflektory, ja w białych spodniach i z patelnią w ręku, a dookoła otwarte gęby czekające na pierwsze kawałki ryby. Zjawił się nagle Jacek Duszyński. Wrócił z jakiegoś spotkania, bardzo radosny i frywolny, niosąc w ręku dwie butelki „Barenbluta” czyli półwytrawnego wina czerwonego. Niewiele myśląc wylał zawartość jednej butelki, tak dla smaku, na smażące się ryby. Buchnął płomień, który z trudem ugasiłem i mogłem rybę dosmażyć. Smak tej ryby był niepowtarzalny – Była i soczysta, i krucha, i wonna. Po prostu rewelacja. Nie wiem, czy Jacek zapamiętał ten przepis. I czy zawsze byłby skłonny wylewać butelkę wina ot tak, prosto na patelnię. Na wszelki wypadek niniejszym zapisuję na wieczną rzeczy pamiątkę przepis na smażonego szczupaka a la Jacek Duszyński.
               
Andrzej Czulda bardzo przeżywał robotę przy naszych filmach piastowskich. Chodził za mną i dumał, jaką by tu scenę wymyślić, żeby zainscenizować. Miał fioła na punkcie inscenizacji. Ja mu tłumaczyłem, że lepszy jest brak inscenizacji niż sztucznie, na siłę wymyślona scena. On myślał o aktorach bądź naturszczykach, ubranych w stroje z epoki i puszczonych przed kamerą. Ja, jeśli już coś bym miał inscenizować, myślałem najwyżej o grze rekwizytów. Żeby np. pokazać reakcję pogańską w Polsce za Mieszka II, wymyśliłem wielkie ognisko, do którego rzucane zza kadru spadają duże, drewniane krzyże. We wcześniejszych sekwencjach filmu pojawiały się one w kadrze jako symbol zaprowadzanego chrześcijaństwa na ziemi Polan. I to się sprawdziło. Zrobiliśmy jednak z Andrzejem parę przebieranek – jacyś chłopi staropolscy, a to z koniem, a to z sochą, ale było to bez wyrazu. Z jednym wyjątkiem, w Krakowie, przy filmie Koniec dynastii. Żeby zacytować Pieśń o wójcie Albercie najlepiej było uciec się do pomocy aktora, którego Andrzej osobiście sprowadził, ubrał i ucharakteryzował na krakowskiego mieszczanina. Podobnie było w tym samym filmie z edyktem królewskim o powołaniu do życia Akademii Krakowskiej. Daliśmy tekst do wygłoszenia heroldowi ubranemu na XIV-wieczną modłę i to była cała inscenizacja.
               
Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, że energia Andrzeja Czuldy nie wyczerpywała się na inscenizacjach. To on wymyślił w Gdańsku, kiedy nie było w planie zdjęć lotniczych, że widok z góry na miasto jest nieodzowny. Wziął asystenta operatora Józefa Sikorę (Janusz Czecz narzekał na nogi i na wspinaczkę nie miał ochoty), kamerę, akumulator, statyw, i zarządził:
- No stary, wchodzimy na wieżę!
Była to, bagatela, wieża Ratusza wysoka na 81 metrów. Wydawała się w miarę łatwa do zdobycia. Ich optymizm skończył się na którejś kondygnacji, kiedy jednocześnie skończyły się schody. Dalej już były tylko drabiny. Z wielkim trudem wspięli się na górny taras. A tam przede wszystkim były dzwony, dużo dzwonów, które skutecznie zasłaniały widok. Żeby ustawić się do zdjęcia, trzeba było wciskać się z kamerą między dzwony, które co raz wydawały cichy dźwięk. Ale tylko wtedy, kiedy któryś ze śmiałków walnął głową w zwisający metal. My czekając na nich na dole, na tarasie kawiarni, nie słyszeliśmy tych odgłosów w ogólnym szumie miasta, ale też nie czekaliśmy na ich powrót z pustymi rękami. Docenili to, kiedy zjawili się z powrotem, szczęśliwi i dumni z wykonanej roboty. Bardzo im smakował schłodzony „Kaper”. To zupełnie niezłe piwo można było wówczas dostać tylko w Gdańsku.

               
Wróćmy jeszcze do sceny palenia krzyży za Mieszka II w filmie Korona pierwszych Piastów. Scena przed filmowaniem była oczywiście uprzednio przygotowana. Działo się to w parku etnograficznym nad jeziorem Lednickim. Andrzej Czulda załatwił z dyrektorem parku, że pracownicy u podnóża trzech zabytkowych wiatraków (ale w bezpiecznej odległości) ułożą nam duży stos z suchego drewna (jak się potem okazało – zbyt suchego), który w odpowiednim momencie podpalimy. Kamera poruszała się po łuku na specjalnym wózku na szynach wokół płonącego stosu, na który były wrzucane wielkie, kilkumetrowe krzyże. Żeby się lepiej paliło, ktoś wcześniej polał drewna benzyną. Nie przewidzieliśmy, że powstanie z tego taka pożoga.
               
Ognisko buchnęło, kamera umieszczona na wózku ruszyła, zaczęliśmy wrzucać zza kadru do ognia krzyże nie bacząc, że robi się coraz bardziej gorąco. Ogień zbliżał się na niebezpieczną odległość. Jacek Duszyński kamery nie wyłączał, wózek jechał w dalszym ciągu i nagle wrzask Jacka:
- Stop do jasnej cholery! Kto tu postawił skrzynkę z piwem?!
Skrzynka z piwem owszem była, bo po zdjęciach, nad dopalającym się ogniskiem, mieliśmy piec kiełbaski. Tylko nie w tym miejscu miała stać! Musieliśmy powtórzyć ujęcie. Najpierw trzeba było uciekać. Pod nogami zaczęła nam się palić wysuszona trawa na łące! Ogień dochodził już do wózka! Kamera na plecy i w nogi, ale wózek? Zostawało tylko lanie wody, jezioro pod bokiem. Znalazło się jakieś wiadro w samochodzie, jakieś puszki czy butelki. Trzeba było widzieć jak szybko potrafiliśmy biegać tam i z powrotem – do jeziora, do wózka w ogniu i z powrotem do jeziora. Udało się, ogień zdołaliśmy od wózka odpędzić. Pozostało teraz powtórzenie ujęcia. Zrobiliśmy je zachowując należyty szacunek do praw natury. Krzyże zresztą również uratowaliśmy z pożogi. Po skręceniu tej sceny zachowaliśmy je jeszcze do następnych inscenizacji.

               
Cała ta scena musiała z daleka groźnie wyglądać. Waldek Krzak, który akurat jechał na plan wioząc gości na kiełbaski (właścicieli zajazdu „Rzepicha”, gdzie akurat mieszkaliśmy), zastanawiał się, czy nie wzywać straży pożarnej. Skończyło się jednak na kiełbaskach z piwem, bez strażaków.
               
I żeby na razie zamknąć rozdział o Andrzeju – jeszcze jedna sprawa. Kiedy skończył zaoczne studia w Szkole Filmowej i zaczął już robić filmy samodzielnie, pilnowałem go, kiedy opowiadał o swojej robocie, żeby zachowywał przynajmniej pozory przyzwoitości. Żeby mówiąc o filmie raczej nie używał pierwszej osoby liczby pojedynczej.
- Nigdy nie masz prawa - tłumaczyłem – mówić, że film zrobiłeś ty sam. Dużo byś zrobił, gdyby nie ekipa warująca ciągle przy tobie!
Zdaje się, że go wystarczająco uczuliłem w tej materii. Przynajmniej przy mnie używał na ogół liczby mnogiej. (...)
(...) Jednak prawdziwe problemy zaczęły się z początkiem lat 90. Nastało nowe, co nie znaczy że dobre dla wszystkich. Dla filmu, zwłaszcza dla krótkiego filmu, który nigdy nie zarobi na swoje utrzymanie, zaczęły się lata najgorsze. Telewizja również stała się kapryśna. Jak zwykle na zakręcie dziejów trzeba było w telewizji zrobić generalne porządki, oczywiście kadrowe. Zmieniła się redakcja dokumentu, dla której robiliśmy Dzieje kultury. Odeszła Lucyna Smolińska, a jej następcy z obrzydzeniem musieli akceptować tematy na tyle zaawansowane, że nie można było ich lekką ręką wyrzucić do kosza. Dlatego udało nam się zrobić jeszcze dwie pozycje, choć do końca cyklu było daleko. Równolegle z naszymi Piastami powstawały cztery filmy o epoce jagiellońskiej. Robił je Andrzej Sapija, działał tam z nim Andrzej Czulda jako drugi reżyser i wyżywał się do woli, bo oni dużo inscenizowali.
W 1992 zaczęliśmy zdjęcia do trzech filmów, dotyczących głównie XVII wieku – a więc rządy dynastii Wazów i króla Jana III Sobieskiego. (...)  
(...) Nad Oświatówką też zbierały się już chmury. Robiło się coraz ciaśniej, trzeba było zwalniać niektóre pokoje, do których wprowadzały się jakieś spółki (najlepszy był szyld wśród innych szyldów na bramie Wytwórni – „Hurtownia jaj”), zaczęła się likwidacja działów (m.in. laboratorium) i w ślad za tym redukcja załogi. Nas to na razie nie dotyczyło, bo my musieliśmy skończyć filmy, ale patrzyliśmy jak ze łzami w oczach odchodzą ludzie, którzy tu przepracowali całe swoje życie.

               
Wytwórnia zaczęła się wyprzedawać. Za bardzo przystępną cenę można było obłowić się książkami z biblioteki (tutaj szalał Andrzej Czulda), Cyzio za niewielkie pieniądze odkupił swoje Arriflexa, byli amatorzy na stoły montażowe (m.in. reż. Andrzej Szczygieł, montażystka Dorota Wardęszkiewicz), najwięcej amatorów było na meble, których wybór był obfity.
               
Tak zredukowana Wytwórnia (na etatach zostało ostatecznie dwadzieścia parę osób) mogła zmieścić się w kilku pokoikach. Rozpoczęła się rozpaczliwa walka o przetrwanie. Dało się utrzymać jakąś minimalna dotację z Ministerstwa, na resztę mieli się złożyć różni sponsorzy i zleceniodawcy z telewizją na czele. Wytwórnia się skurczyła, ale za to wydłużyła się jej nazwa, która teraz brzmiała: Wytwórnia Filmów Oświatowych i Programów Edukacyjnych. Dyrektorem tak okrojonej Oświatówki został wyłoniony w drodze konkursu dotychczasowy jej pracownik (kierownik produkcji) Andrzej Traczykowski.
               
Zanim do tego doszło musiałem skończyć montaż ostatniego (dosłownie) filmu Wiek srebrny i rozpocząć starania o przejście na wcześniejszą emeryturę, bo była taka możliwość. Do tej pełnej brakowało mi chyba 3 czy 4 lata, ale widząc co się dzieje, postanowiłem zachować się jak szczur na okręcie. Współczułem tylko Andrzejowi Czuldzie, który w najgorszym momencie stanął na nogi, dostał uprawnienia reżyserskie i pełen zapału szykował się do samodzielnej pracy. A tu ku-ku! Biedak do dziś się tam morduje, miesiącami czekając jak na zbawienie, aż się znajdzie jakiś sponsor i sypnie groszem wielkości napiwku.
              
  Odchodząc z Wytwórni próbowałem jakoś Andrzeja wesprzeć. Miałem gotowy scenariusz o bitwie pod Grunwaldem w oparciu o najświeższą książkę prof. Nadolskiego, zawierającą nowe ustalenia i komentarze. Prof. Nadolski nagle zmarł (w samą Wigilię 1994), niemniej postanowiliśmy temat kontynuować. Czulda miał to robić już sam beze mnie, role prof. Nadolskiego przejął jego uczeń prof. Andrzej Nowakowski. Odbyliśmy nawet wspólną dokumentację, wszystko już było gotowe do rozpoczęcia zdjęć, tylko sponsora nie było. Nie ma go zresztą do dzisiejszego dnia. (...)

 

 

Leszek Skrzydło „RODY I RODZINY – RODY NIE TYLKO FABRYKANCKIE”
Wydawnictwo: Oficyna Bibliofilów w Łodzi - 2007

 Andrzej B. Czulda - autor zdjęć:

str.   7 - Ratusz na Placu Wolności – widok dzisiejszy
str.   8 - Biała fabryka Ludwika Geyera
str.   8 - Dawny bielnik Kopischa przy ul. Tymienieckiego 5 (d. św. Emilii)  
str.   9 - Tory kolejowe…    
str. 11 - Dworzec Fabryczny – stan dzisiejszy   
str. 12 - Dworzec Kaliski dzisiaj   
str. 13 - Druty tramwajowe na tle wieży kościoła św. Mateusza   
str. 14 - Studnia na Księżym Młynie   
str. 17 - Dawna fabryka Allarta i Rousseau przy ul. Wróblewskiego 19     
str. 18 - Dawne domy robotnicze fabryki Allarta i Rousseau        
str. 27 - Dawne gimnazjum niemieckie na rogu Zamenhofa i Kościuszki     
str. 28 - Zabytkowy sprzęt strażacki przy ul. Wólczańskiej     
str. 29 - Dawna remiza strażacka na Księżym Młynie    
str. 30 - Rezydencja E. Leonhardta w parku przy Pabianickiej    
str. 31 - Grobowiec Leonhardta na Starym Cmentarzu    
str. 35 - Okazała kamienica Izydora Birnbauma przy ul. Piotrkowskiej 260    
str. 37 - Rezydencja Barcińskich na rogu Tylnej i Kilińskiego      
str. 40 - „Przemysł Wełniany Barciński i S-ka” potem ZPW im. 9 Maja przy Tylnej     
str. 46 - Teren dawnej fabryki Hiszberga i Wilczyńskiego w sąsiedztwie wielkomiejskiej kamienicy N. Rosenbluma przy al. Kościuszki (d. Spacerowa)       
str. 49 - Przędzalnia bawełny A. Ossera na rogu Przybyszewskiego i Kilińskiego     
str. 50 - Tu, gdzie była tkalnia i przędzalnia A. Prusaka przy ul. Gdańskiej, stoi tylko symboliczny  fragment fabrycznego muru     
str. 51 - Kamienica D. Prusaka przy ul. Piotrkowskiej 49    
str. 56 - Szpital Poznańskich przy ul. Sterlinga 1     
str. 58 - Dawny szpital Poznańskich nosi dziś imię dra S. Sterlinga         
str. 62 - Szpital fabryczny św. Anny obecnie im. dra K. Jonschera przy ul. Milionowej
str. 63 - Szpital Dziecięcy im. Anny Marii, obecnie im. dra J. Korczaka
str. 63 - Tablica fundacyjna szpitala im. Anny Marii
str. 65 - Pomnik nagrobny dra K. Jonschera na cmentarzu ewangelickim w Łodzi
str. 67 - Herb Krakowa na murach Collegium Maius
str. 68 - Collegium Maius – herb Uniwersytetu Jagiellońskiego
str. 70 - Biała fabryka Ludwika Geyera
str. 72 - Nagrobek małżonków Piotrowiczów na cmentarzu katolickim w Łodzi
str. 79 - Dom Zabaw tuż przy „białej fabryce” Ludwika Geyera
str. 80 - Grób Iry Aldridge’a na cmentarzu ewangelickim przy ul. Ogrodowej
str. 85 - Estrada w parku Źródliska, miejsce koncertów orkiestr wojskowych
str. 88 - Do czasu remontu kamienicy przy Piotrkowskiej 47 w dawnej księgarni Ludwika Fuszera przez wiele lat swoją siedzibę miał popularny „Pegaz”
str. 89 - Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Józefa Piłsudskiego
str. 95 - Pomnik nagrobny K. Jonschera z zakładu kamieniarskiego J. Urbanowskiego
str. 97 - Nagrobek Aleksandra Andstadta
str. 97 - Pomnik na grobie Ludwika Geyera
str. 97 - Mauzoleum Roberta i Teresy Moenke
str. 98 - Anioły Wacława Konopki wieńczą mauzoleum Heinzlów
str. 98 - Rycerz na grobie Stefana Pogonowskiego – stan obecny
str. 99 - Nagrobek twórcy łódzkiej straży pożarnej Roberta Wergau
str. 99 - Grobowiec prezydenta Łodzi Andrzeja Rosickiego
str. 100 - Gmach Elektrowni Łódzkiej przy ul. Tuwima 58
str. 101 - Grób rodziny Urbanowskich
str. 105 - Kościół św. Ducha przy placu Wolności
str. 105 - Kościół p.w. Podwyższenia św. Krzyża
str. 106 - Kościół przy ul. Tuwima to jeden z cenniejszych zabytków XIX-wiecznej Łodzi
str. 106 - Kościół WNMP przy pl. Kościelnym
str. 106 - Drewniany kościół znalazł miejsce na ul. Ogrodowej
str. 108 - Kościół na pl. Kościelnym stanął na miejscu drewnianego kościoła z XVIII w.
str. 108 - Kościół jezuitów pierwotnie służył parafii ewangelicko-augsburskiej
str. 109 - Budowę łódzkiej katedry rozpoczęto w 1901 r.
str. 110 - Kościół św. Stanisława od 1920 r. pełnił funkcję katedry
str. 110 - … a od 1992 r. - archikatedry
str. 111 - Ewangelicki kościół św. Mateusza został wzniesiony w stylu neoromańskim
str. 112 - Cerkiew p.w. św. Aleksandra Newskiego wybudowana w końcu XIX w.
str. 117 - Dworek Ludwika Geyera – pierwsza fabrykancka rezydencja w Łodzi
str. 118 - Pałac Scheiblerów zapoczątkował w Łodzi modę na pałace fabrykanckie
str. 119 - Królestwo Poznańskiego – zgodnie z modą: pałac przytulony do fabryki
str. 121 - W domach familijnych Scheiblera mieszkało 2740 robotników z rodzinami
str. 122 - W domach zakładów Poznańskiego mieszkało ok. 5 tysięcy osób
str. 123 - Budownictwo przyzakładowe nie rozwiązywało problemów mieszkaniowych
str. 123 - Łódzka specyfika – podwórka studnie
str. 124 - Mroczne oficyny czyli mieszkania dla najbiedniejszych
str. 125 - Ozdobne elewacje czyli mieszkania dla zamożnych
str. 128 - Hilary Majewski mieszkał w kamienicy, którą sam zaprojektował
str. 129 - Cerkiew przy ul. Kilińskiego – dzieło autorstwa Hilarego Majewskiego
str. 129 - Ulica Moniuszki, niegdyś prywatny pasaż Ludwika Meyera
str. 131 - Willa Edwarda Herbata w sąsiedztwie fabryki na Księżym Młynie
str. 131 - Dom Towarzystwa Akcyjnego Ludwika Geyera przy ul. Piotrkowskiej 74
str. 132 - Dawny pałac J. Heinzla przy ul. Piotrkowskiej 104
str. 132 - Mauzoleum Scheiblerów na cmentarzu ewangelickim
str. 133 - Mauzoleum Heinzlów na cmentarzu katolickim
str. 133 - Secesyjna willa Kindermanna przy ul. Wólczańskiej 31/33
str. 134 - Kamienica przy ul. Mickiewicza…
str. 134 - … i jej secesyjna dekoracja
str. 135 - Jeden z najcenniejszych zabytków secesji w Polsce – willa przy ul. Wólczańskiej
str. 135 - Willa Kindermanna pełni dziś ważną rolę w życiu kulturalnym Łodzi
str. 136 - Kamienica M. Pinkusa na rogu ul. Zielonej i al. Kościuszki
str. 136 - Willa Reinholda Bennicha przy ul. Gdańskiej…
str. 137 - … i jej elementy secesyjne
str. 137 - Budynek łódzkiej elektrowni przy ul. Tuwima
str. 138 - Gmach Banku Polskiego przy al. Kościuszki 14
str. 139 - Secesyjna willa przy ul. Karolewskiej róg Łąkowej
str. 141 - Rezydencja A. Haertiga przy ul. Piotrkowskiej 236…
str. 141 - … i jej bogate zdobienia
str. 142 - Muzeum Sztuki przy ul. Więckowskiego dawny pałac Maurycego Poznańskiego
str. 142 - Pałac Karola Poznańskiego obecnie Akademia Muzyczna
str. 143 – Ławeczka Tuwima przy ul. Piotrkowskiej 104

 

 

Leszek Skrzydło “RODY FABRYKANCKIE” część 2
Wydawnictwo: Oficyna Bibliofilów w Łodzi – 2000

Andrzej B. Czulda - autor zdjęć:

str. 6- Księży Młyn, królestwo Karola Scheiblera
str. 11 - Rezydencja Eisertów Piotrkowska 135
str. 15 - Fabryka K. Eiserta ul. Żwirki 19
str. 16 - Pałacyk Emila Eiserta ul. Gdańska 47
str. 22 - Grób Karola Rajmunda Eiserta na cmentarzu ewangelickim
str. 24 - Wczorajsze hale fabryczne, dziś sale wykładowe
str. 25 - Budynki dawnej fabryki Rosenblatta ul. Żwirki 36
str. 32 - Fabryka Steinerta przy ul. Piotrkowskiej 276
str. 32 - Kamienice Steinertów przy ul. Piotrkowskiej 270 i 272, widok obecny
str. 33 - Kamienica Steinertów w sąsiedztwie starej i nowej zabudowy
str. 50 - Brama dawnego browaru Karola Anstadta przy ul. Średniej (Pomorska 34) z inicjałami właściciela
str. 52 - Stare zabudowania browaru przy ul. Pomorskiej 34
str. 57 - Dawna restauracja w Parku Helenowskim
str. 60 - Browar przy ul. Średniej (Pomorskiej 34)
str. 60 - Budynek słodowni przy ul. Pomorskiej 34
str. 61 - Grób Ludwika Anstadta na cmentarzu ewangelickim
str. 61 - Grób Fryderyka Anstadta na cmentarzu ewangelickim
str. 61 - Grobowiec małżonków Moenke na cmentarzu ewangelickim
str. 66 - Willa Zygmunta Richtera przy ul. Wólczańskiej 199
str. 69 - Willa Józefa Richtera przy ul. Ks. Skorupki 10/12str. 69 - Willa Reincholda Richtera przy ul. Ks.  Skorupki 6/8

 

 

Leszek Skrzydło "RODY FABRYKANCKIE" część 1
Wydawnictwo: Oficyna Bibliofilów w Łodzi - 1999

 

Andrzej B. Czulda - autor zdjęć:

str. 14 - Grobowiec rodziny Biedermannów
str. 22 - Pałac Oskara Kona przy ul. Targowej 61
str. 23 - Brama zakładów WI-MA
str. 25 - Grób Ludwika Geyera
str. 30 - Grób Emila Geyera
str. 33 - Grobowiec Gustawa i Roberta Geyerów na cmentarzu ewangelickim
str. 35 - Grób Traugotta Grohmana
str. 41 - Księży Młyn – szkoła
str. 47 - Grób Karola Jonschera na cmentarzu ewangelickim
str. 64 - Grobowiec Franciszka Kindermanna
str. 69 - Grobowiec Henryka Federa
str. 90 - Elewacja kamienicy Kruschego i Endera
str. 105 - Grobowiec Meyerów na cmentarzu ewangelickim

 

Andrzej B. Czulda   „FILTRY I NASADKI W FOTOGRAFII I FILMIE”

 WSTĘP

Jednym z podstawowych warunków właściwego posługiwania się filtrami, nasadkami czy foliami jest obok wiedzy dotyczącej ich działania, umiejętność doboru odpowiedniego asortymentu. Tym samym, więc niezbędne staje się poznanie wyrobów, a przynajmniej niektórych firm specjalizujących się w tego typu produkcji.
Z zestawami filtrów, nasadek czy folii mamy możliwość i to nie wszyscy, spotkać się w popularnych opracowaniach kieszonkowych typu „American Cinematographer Manual”, „Jahrbuch des Deutschen Kameramanns” oraz w licznych fachowych periodykach, kładących niestety zbyt duży nacisk na aspekt reklamowy, a zdarza się i tak, że zawarte w nich dane odbiegają od przedstawionych w źródłach.
            Poniższy przegląd oparty jest o najnowsze katalogi prezentowanych firm, chociaż zapewne i on będzie posiadał pewne słabości, wynikające z postępujących cały czas udoskonaleń produkcyjnych czy nawet zmian symboli lub nazewnictwa, a więc i tym samym na aktualności.
            Zadziwiać może zestawienie prezentowanych firm, gdzie obok takich potentatów jak TIFFEN, WRATTEN, HOYA czy inne, znalazły się takie firmy jak ORWO czy też ARNZ produkujące filtry słabe optycznie, aż po Polskie Zakłady Optyczne, których umieszczenie zakrawa po prostu na dużą pomyłkę. Niestety wynika to z konieczności przystosowania niniejszego opracowania do obecnych realiów naszego rynku.
            Produkcja wielu firm jest bardzo do siebie zbliżona, by nie powiedzieć jednakowa i najczęściej zasadniczą różnicę między nimi stanowi stosowana symbolika, nazewnictwo produkowanego asortymentu. Są jednak filtry czy nasadki, które produkowane są tylko przez daną firmę i trudno byłoby szukać ich odpowiednika wśród produkcji konkurencji.
            W niniejszym opracowaniu przyjęto symbolikę i nazewnictwo stosowane przez prezentowane firmy. Przy każdym omawianym filtrze zamieszczona jest jego krótka charakterystyka, zastosowanie i działanie, opracowane na podstawie najnowszych katalogów dostarczonych przez omawiane firmy, – których dokładny wykaz znajduje się na początku każdego rozdziału.
ABC

 SPIS TREŚCI:
- Wstęp...str. 1
- HOYA CORPORATION...str. 3
- ORWO – VEB FILMFABRIK WOLFEN...str. 85

- COKIN – CROMOFILTER S.A. ...str. 107

- NIKON – NIPPON KOGAKU K.K. ...str. 155

- KAISER FOTOTECHNIK...str. 163
- ARNZ – VEB JENAer GLASWERK...str. 169

- PZO – POLSKIE ZAKŁADY OPTYCZNE...str. 183

- PANCHROMAR – VEB GLASTECHNIK LOMMATZSCH...str. 193

- TIFFEN MANUFACTURING CORPORATION...str. 199
- AMBICO INC. ...str. 251
- KODAK WRATTEN...str. 265
- AGFA – GEVAERT N.V. ...str. 293

- B+W FILTERFABRIK...str. 303
- Uzupełnienie...str. 359
- Tabele...str. 375

Od autora:

Opracowanie to, które powstało w mozolnym trudzie wielu miesięcy i nieprzespanych nocy, narodziło się z ciekawości światem filtrów i nasadek pozwalających dowolnie kreować obraz. Zakończone, zyskało pochlebne opinie wykładowców Wydziału Operatorskiego PWSFTviT i powstał pomysł, aby zostało wydane jako podręcznik dla przyszłych operatorów. Pomocy w wydaniu tej pracy podjął się w 1991 roku, prof. Michał Bogusławski. Pierwsze rozmowy z dyrekcją Wydawnictwa Radia i Telewizji, były nader obiecujące. Niestety, nadciągające kłopoty wydawcy i rozwiązanie Wydawnictwa zniweczyło zaawansowane już plany. Tak, więc powyższe opracowanie pozostało w jedynym egzemplarzu oprawionego maszynopisu z ilustracjami oraz kilkoma egzemplarzami kserokopii, które rozeszły się wśród zaprzyjaźnionych kolegów operatorów. Z czasem, jak wszystko w technice, treść straciła w dużej mierze na aktualności, a nowości stały się starociami.
Jedyny egzemplarz pozostał, więc miłą pamiątką z 1990 roku.

 

 

 


Project by Betinho
Wszelkie prawa zastrzeżone