Strona główna

Biografia

Filmografia

Z prasy

Inne

Opowiadania

Linki

Kontakt


Andrzej B. Czulda

- Opowiadania -

 

CHCIAŁEM BYŚ BYŁ...

Co dzisiaj mógłbym mu powiedzieć, gdyby był?
Myślę, że powiedziałbym mu: - Chciałbym byś był.
Pamiętam, że kiedy nieraz zatrzymywałem się przy ogrodzeniu przedszkola, albo wprost na ulicy, kiedy patrzyłem na dzieci, na ich roześmiane, beztroskie twarze, kiedy słuchałem jak z przejęciem krzyczały donośnie „huraaa!”, cieniutkimi głosikami starając się jak najwierniej naśladować ciężki stukot karabinów maszynowych, salwy armatnie, to przychodziło mi do głowy, że nie chciałbym, żebyś był do nich podobny. Nie chciałem Cię widzieć, nawet w niewinnych zabawach ani jako zwycięzcy, ani jako zwyciężonego. Nie chciałem, żebyś rozpostarłszy ramiona naśladował pikujące bombowce.
Nie chciałem tego.
Bałem się, tak, chyba się tego bałem, bardzo się bałem.
Chciałem, żebyś był podobny do Niej.
Żebyś miał oczy takie same i usta równie czerwone, zaciśnięte, ale przyjazne, rozchylone w uśmiechu. Żebyś, tak jak Ona, zastanawiał się nad każdym słowem, nim zdążysz je powiedzieć.
Żebyś, jak Ona, kochał wszystko co stanowi własność innych ludzi.
Żebyś, sprzeciwiał się wszelkiemu złu nie siłą, lecz jak Ona, głośnym słowem protestu.
Chciałem też, żebyś nie musiał kłamać by żyć i nie chciał mieć nigdy więcej niż ktoś inny ma.
Bardzo chciałem, żebyś był dobrym człowiekiem jak Ona, dobrym dla wszystkich i chciałem jeszcze, żebyś nigdy nie porzucił nikogo, tak jak Ona porzuciła mnie i żebyś nigdy nikogo nikomu nie odebrał, tak jak Ona odebrała mi Ciebie... Lecz Ty nie zdążyłeś się nawet urodzić... 

Andrzej B.Czulda
Łódź 1973


OSTATNI OBRAZ

Ron odstąpił kilka kroków, aby przyjrzeć się całości. Twarz jego wykrzywił grymas niezadowolenia.
-          Znowu zaczynam pakować fiolet tam, gdzie jest on najmniej pożądany – myślał – czy ja już nigdy nie namaluję tego co chcę?
Podszedł do obrazu. Miejsca fioletowe pokrył niebieską farbą, namazał gdzieniegdzie jakimś ciemnym kolorem i znów odszedł.

-          Do niczego – przemówił z rezygnacją i rzucił pędzel na podłogę. Nie spał. Przewracał się z boku na bok, nie przestając myśleć o ostatnim i kilku poprzednich nie udanych  malowidłach.
-          Ale przecież ludzie je kupują – pocieszał się – czyli, że nie są takie przecież złe... To mnie nie zadawala. One muszą być czymś wybitnym, niedoścignionym... Tak jak ten „Kamienny ptak” – jedyny chyba mój udany obraz. Chociaż też są tam pewne niedociągnięcia, ale one tak bardzo nie rażą. Muszę stworzyć coś niezwykłego, coś szokującego, żeby nawet szary, pozbawiony wrażliwości człowiek, patrząc na to odczuwał niepokój, obawę czy nawet strach. Prawdziwe dzieło sztuki musi odzwierciedlać jakiś niepokój. Im silniej ten nastrój daje się odczuć – tym lepsze dzieło! Lęk. Najtrudniej jest chyba wywołać poprzez obraz lęk albo niepokój. Barwy nie mogą być czyste, nie może też być wyraźnych konturów. Jedna wielka plama musi przechodzić w drugą bez początku ani końca, tworząc tym samym wrażenie przestrzeni. Pustej, głuchej przestrzeni, bez śladu dna, czy jakichkolwiek materialnych tworów. Sama zaś owa przestrzeń, owa plama brudnych barw układać się będzie w słabo dostrzegalny, niewyraźny kształt ludzkiej postaci...
Ron leżał spokojnie, wpatrując się w otaczającą go ciemność. W pewnej chwili ogarnął go dziwny bezwład mięśni, połączony ze swoistym uczuciem niepokoju i w tej sytuacji bał się nawet poruszyć, aby szelestem pościeli nie zakłócić ciszy, która w jego obecnym pojęciu była złowroga, lecz nienaruszalna. Wydawało mu się, że przerwanie takiego stanu rzeczy może być w następstwach katastrofalne. Dlatego milczał, wytężał wzrok i słuch i mimo woli przychodziły mu na myśl odurzające makabreski. Każdy najcichszy nawet zgrzyt czy stuk wywoływał dreszcze i gorączkę lęku. Zaczynał irytować go własny oddech i beznadziejne łomotanie serca. Nagle począł słabnąć. Zdawało mu się, że bezwładnie spada w czarną, bezkresną przepaść, z której co chwila wyłaniają się straszliwe potwory o ludzkich twarzach. Słyszał jakieś stłumione odgłosy, dochodziły go bolesne skowyty wijących się w agonii zwierząt...
Ron poderwał się z okrzykiem. Rozejrzał dookoła, jak gdyby chciał sprawdzić, czy jest sam w pokoju i oddychał głęboko. W jego świadomości błąkać się poczęły nieokreślone zjawy i barwy, przychodząc znikąd i rozpływając się gdzieś w oddali, w miejscach, gdzie ani wzrok, ani wyobraźnia nie mogła ich dosięgnąć. Wszystko to razem tworzyło nieograniczoną, pełną tajemnic, lecz materialnie próżną przestrzeń. Wisiał w niej tylko Ron. Obezwładniony ogromem pustki, która zewsząd go otaczała, zdawał się sam w niej rozpływać ogarniając własnym istnieniem coraz większą przestrzeń. W końcu poczuł, że nie ma już w niej tajemnic, że on sam jest ową pustką.
U podnóża kilkunastopiętrowego wieżowca stała gromada ludzi. Przed nimi rozpostarte było wielkie, kwadratowe płótno, na którym widniała brudnoczerwona plama o słabo zarysowujących się konturach człowieka. W jednym z rogów odczytać można było: Ron...

Andrzej B.Czulda
Łódź 1980


POLEGLI, ABYŚMY WOLNI ŻYLI

Cisza. Jest to chyba pierwsza rzecz, która zwraca uwagę... tu nawet ptaki nie kwilą, nie dociera szum ulicy, która przebiega tuż obok, a przejeżdżające nią z rzadka samochody, sprawiają wrażenie jakby zawstydzonych swoim warkotem. Ta cisza i panujący majestatyczny spokój, działają elektryzująco – przybywające tu licznie wycieczki rodaków, po wejściu na cmentarz, jakby automatycznie zniżają głos, zdając się mówić szeptem. Cmentarz Obrońców Lwowa – „Orląt Lwowskich”... miejsce magiczne, więc i cisza wprost magiczna.
Setki jednakowych kamiennych mogił z krzyżami, ustawionych niczym kompanie wojska, równo w półkolistych alejkach położonych tarasowato. Białe kamienne mogiły i tylko tabliczki na nich różne; Jan Królikowski szeregowy 36 pp Legii Akademickiej, Czesław Bielecki szeregowy 1 pp Strzelców Lwowskich, Stanisław Klaczek szeregowy 1 pp Strzelców Lwowskich... setki, setki żołnierskich mogił -  nie sposób ich wszystkich przeczytać, westchnąć, może pobłogosławić.
Z dawnej półkolistej kolumnady pozostały dziś tylko dwa pylony i łuk triumfalny z wyrytymi słowami: „Mortui sunt ut liberi vivamus” – „Polegli, abyśmy wolni żyli”. Niczym wyciągnięte ku niebu ramiona, stoją po bokach okaleczone pylony: na jednym wyryto nazwy lwowskich pobojowisk i redut, zaś na drugim nazwy pól bitewnych z Małopolski Wschodniej – dużo tych nazw...Wznoszące się coraz wyżej ostre słońce, porażająco odbija się od kamiennej bieli mogił, katakumb i stojącej na szczycie wzgórza kaplicy Orląt, załamując się tylko na barwnych wiązankach leżących na płytach nagrobnych. Kwiaty, to jedyny tutaj kolorowy akcent. I tylko czarny marmur tablicy pamiątkowej – niczym czarna wyspa w morzu bieli - wyróżnia się spośród tej cmentarnej monotonni. To  miejsce, z którego w 1925 roku przeniesiono prochy nieznanego z nazwiska żołnierza do Grobu Nieznanego Żołnierza na placu Saskim w Warszawie. W katakumbach, których strzegą wykute na zewnętrznej stronie łuków arkad płaskorzeźby milczących aniołów, spoczywają polegli w roku 1918 w obronie Lwowa... często młodzieńcy zaledwie, dzieci raczej jeszcze. Wśród nich jeden z najmłodszych uczestników walk o Lwów – Jurek Bitschan – 14-letni gimnazjalista, który zginął 22 listopada 1918 roku w południowej części cmentarza, ostrzeliwując się zza nagrobków. To o nim Maciej Szukiewicz w wierszu-epitafium pisał:

W granatowym mundurku, wątlejszy od chabin,
Nie pacholę, lecz dziecko, pomykał zaułkiem.
Gdzież ty wleczesz ten większy od ciebie karabin?
Dokąd chłopcze?
-          Ze studenckim połączyć się pułkiem.
Brat poszedł, tato poszedł i ja chcę tak samo.
Tylkom się dłużej od nich żegnał z moją mamą,
Płakała, gdym odchodził.
Wróć, wojna nie żarty
-          Ja wrócę, proszę pana, ale jak do Sparty,
z tarczą albo...
Cicho, zamilcz, mrok się czarny wlecze.
Posłyszy cię nie w porę i jeszcze urzecze.
-          Powrócę!...
I powrócił, lecz nie z nią, a ... na niej.

Dużo tych tablic, jeszcze więcej nazwisk, a przy każdym; przynależność wojskowa, data bohaterskiej śmierci, otrzymanych odznaczeń, jakże często pośmiertnych. Ale jest coś co zwraca uwagę, to pozostawione puste miejsca, na być może najważniejsze odznaczenie; Krzyż Obrońców Lwowa. Niestety, może kiedyś, może w przyszłości... Dziś władze Lwowa nie wyrażają zgody na umieszczenie tego odznaczenia, jeszcze nie umarły wzajemne uprzedzenia, wzajemne nieufności i animozje. Jest więcej takich spornych rzeczy na tym najbardziej polskim z polskich cmentarzy na ukraińskiej ziemi. Po prawej stronie katakumb wznosi się mogiła francuskich piechurów, poległych w obronie Lwowa. Brak na niej tylko pomnika francuskiego piechura w zadumie wspartego o karabin.  
Z lewej strony katakumb taka sama w kształcie mogiła amerykańskich lotników, tutaj również przeraźliwą pustką krzyczy miejsce, po pomniku uskrzydlonego lotnika. Pod kamienną płytą z wykutymi nazwiskami spoczywa trzech lotników amerykańskich; por. WP Edmund Graves ( zginął 22.XII 1919 r. we Lwowie ), kpt. WP Artur H. Kelly ( zginął 16.VII. 1920 r. pod Łuckiem ) i por. WP G. Mac  Callum ( zginął 31.VIII. 1920 pod Lwowem ). Jesienią 1919 roku przybyło do Lwowa 16 pilotów amerykańskich, którzy utworzyli jedną z najwaleczniejszych eskadr lotniczych w wojnie polsko-bolszewickiej 1920 roku – eskadrę im. Tadeusza Kościuszki. To właśnie piloci tej eskadry, dziesiątkowali pod Zadwórzem konnicę Budionnego, która wyrzynała w pień, liczący 318 młodocianych żołnierzy-ochotników batalion kpt. Zajączkowskiego. Gdy zabrakło amunicji zginęli wszyscy pod kozackimi szablami. W długim rzędzie mogił u podnóża katakumb, obok mogiły brygadiera Czesława Mączyńskiego (1881-1935), komendanta Orląt Lwowskich i komendanta Małopolskich Oddziałów Armii Pomocniczej, spoczywa sześciu poległych pod Zadwórzem dowódców; kpt. Bolesław Zajączkowski (1881-1920) uczestnik walk o Lwów, kpt. Krzysztof Sas Obertyński (1920), por. Jan Demeter (1885-1920), sierż. podch. Władysław Marynowski (1894-1920) żołnierz II Brygady Legionów Polskich, ppor. Tadeusz Hanak (1889-1920) dowódca kompanii karabinów maszynowych, ppor. Kazimierz Bogucki-Krzywda (1896-1920). Tam pod Zadwórzem u podnóża kurhanu z pomnikiem, pozostali na „warcie cieni” żołnierze bohaterskiego batalionu – „Polskim Orlętom...”  -  wśród zieleni traw bieleją kamienne mogiły...
Pośród wielu mogił cmentarza Orląt, są i mogiły trzech polskich lotników, bohaterów wojny polsko-bolszewickiej 1920 roku. Mjr pil. Stefan Stec ( zginął śmiercią lotnika w 1924 r. ), jeden z asów byłego lotnictwa Austro-Węgier, który odniósł pierwsze zwycięstwo powietrzne nad samolotem ukraińskim na froncie galicyjskim wiosną 1919 roku. To właśnie mjr Stec był twórcą znaku lotnictwa polskiego – biało-czerwonej szachownicy, która początkowo była jego „godłem osobistym”, z którym latał jeszcze na froncie włoskim. Kpt. pil. Stefan Bastyr ( zginął śmiercią lotnika w 1920 r. ), organizator i dowódca lotnictwa lwowskiego. Ppłk. pil. obser. Władysław Toruń ( zginął śmiercią lotnika w 1924 r. ), uczestnik bojów o Persenkówkę zwaną „redutą śmierci” lub „Polskimi Termopilami”. Gdy w roku 1990 buldożery odsłoniły spod zwałów ziemi i śmieci groby pilotów, na płycie widoczny był jeszcze znak szachownicy, ale bez wypełniającej go kiedyś biało-czerwonej masy.
Dalej w głównej alei jest grobowiec, zdawać by się mogło bezimienny. Brak na nim tablicy, napisów jakichkolwiek, tylko krzyż zdobi przód tumby. Spoczywa w nim jeden z najwybitniejszych dowódców, który w szczególny sposób zasłużył się w walkach o Galicję i w obronie Lwowa – gen. Wacław Iwaszkiewicz-Rudoszański, dowódca Frontu Galicyjskiego. Tak znienawidzony przez Ukraińców, że władze cmentarza nie godzą się na ustawienie nagrobnej tablicy. Ale tablica jest; wydobyta spod ziemi, spoczywa na trawniku w rogu cmentarza, czekając zapewne na czas, gdy miejsce nienawiści i nietolerancji zajmie pojednanie i zrozumienie. Nieopodal spoczywa gen. Tadeusz Jordan-Rozwadowski, dowódca Armii „Wschód”, szef Sztabu Generalnego WP w latach 1920-21, który zamienił w rozkazy ideę marszałka Piłsudskiego o przegrupowaniu wojsk, współtwórca planów polskiej kontrofensywy zza Wieprza, która odrzuciła wojska marszałka Tuchaczewskiego. Dalej zostali pochowani: gen. bryg. Edmund Kessler (1880-1930) szef Sztabu Frontu Galicyjsko-Wołyńskiego i komendant Szkoły Wojennej, gen. dyw. Jan Thullie-Prawdzic (1876-1927) dowódca Armii „Wschód” a także komendant Garnizonu Lwów, płk. Marceli Jastrzębiec-Śniadowski ps. „Grot” (1878-1927) twórca i komendant artylerii we Lwowie.
Mogiły, mogiły... był to najpiękniejszy cmentarz w II Rzeczypospolitej. W 1970 roku zniszczyli go Rosjanie czołgami, urządzając tu wysypisko śmieci i warsztaty. A jednak, niczym „Feniks z popiołów” powstał dzięki decyzjom rządu polskiego i władz Ukrainy, równie piękny, choć z pewnymi zmianami. Jednak nie ma „róży bez kolców”, gdyż władze Lwowa blokują dokończenie odbudowy cmentarza według zawartych porozumień. Nie godzą się na odbudowę Pomnika Chwały, wspomnianych rzeźb lotników amerykańskich i piechurów francuskich, rzeźby lwów u podnóża łuku triumfalnego, które trzymały tarcze z napisami; „Zawsze wierny” i „Tobie Polsko”. Nie będzie oryginalnego napisu na głównej płycie pamiątkowej, który brzmiał: „Nieznanym Bohaterom Poległym w Obronie Lwowa i Kresów Południowo-Wschodnich”. Czas płynie i wciąż nie ma, tak długo i z taką nadzieją oczekiwanego oficjalnego otwarcia Cmentarza Orląt.
I dlatego może, do głębokiej zadumy zmusza i każe zastanowić się nad dniem wczorajszym i dniem jutrzejszym obu narodów, przesłanie prezydenta Ukrainy Leonida Kuczmy i prezydenta RP Aleksandra Kwaśniewskiego, wykaligrafowane złoconymi literami na ceglanym murze, stojącym na miejscu symbolicznym - granicy Cmentarza Orląt Lwowskich a Mauzoleum Strzelców Siczowych – dawnych przeciwników z okresu obrony Lwowa.

„ Na progu XXI wieku pamiętajmy o przeszłości, ale myślmy o przyszłości!”

Andrzej B. Czulda
sierpień 2002


ROZDARTE SKRZYDŁA ANIOŁÓW

 Motto:
Wobec ważnych problemów życia, stajemy zawsze samotni
i nasza prawdziwa historia nigdy niemal nie może być zrozumiała dla innych.

            Ostry warkot przejeżdżającego samochodu zabrzmiał w tej ciszy, jak trudny do wytrzymania dźwięk rozsadzający czaszkę. Za oknem niebo bladło, stawało się szare jak źle doprany materiał i dopiero tam gdzieś daleko, hen na horyzoncie, poza linią domów nabierało realnego koloru złotego. Tu jednak jeszcze niebo było brudnogranatowe, miasto zaś szare, ciche i jakże obce. Nie pamiętał ile tak stał w tym oknie, zapatrzony w przeszłość, patrzący oczyma a nie widzący, zanurzony w głąb siebie samego. Rozumiał tylko jedno, nie można było cofnąć czasu, nie można było wrócić tego, co się stało...
            Za oknem rozległo się przeraźliwe miauczenie kota i urwało tak gwałtownie jakby ucięte. Wzdrygnął się mimo woli –Boże, czyż miauczenie można uciąć?
Stał tak dalej, bał się odwrócić od tego okna, które było jakby jego azylem. Powrócił znów myślami do Witolda... Nie! Witolda już nie było. Nie było go realnie, a jednak był unosząc się w tym pokoju, tkwiąc w jego bycie, w jego atmosferze. Witold... czuł jak na myśl tego imienia coś ściska go za gardło, dusi, odbiera zmysły. Wiedział co to jest, to była rozpacz. Zacisnął z całej siły powieki. Powoli uspokajał się i jak w transie wracały obrazy z przeszłości. Widział wesołą roześmianą twarzyczkę chłopczyka, radośnie baraszkującego wśród wielobarwnych kwiatów ogrodu. Widział siebie stojącego w objęciu z Heleną, gdy przytuleni, szczęśliwi obserwowali syna. Widział syna i później, gdy już znacznie starszy odrabiał lekcje lub mozolnie coś sklejał, a on pomagał mu z ojcowską radością. Pamiętał jak Helena wchodziła wtedy do pokoju, przytulała ich obu i obdzielała pieszczotami równo i sprawiedliwie. Byli szczęśliwi! Widział Witolda jako nastolatka z pierwszym jeszcze nieśmiałym wąsem, już nie dziecko lecz gimnazjalistę, który z wypiekami na twarzy opowiadał rodzicom o swoich figlach z kolegami. I wtedy też byli bardzo szczęśliwi! Jednak zbieranie wspomnień zamiast stawać się coraz to łatwiejsze, wręcz przeciwnie, stawało się coraz to trudniejsze. No tak, potem było coraz więcej pracy a mniej czasu. Coraz rzadziej widywał syna, gdyż prowadzenie kancelarii adwokackiej stawało się coraz bardziej pracochłonne. Rano spieszył na rozprawy do sądu, po południu pędził do kancelarii, gdzie czekali na niego klienci. Gdy wracał do domu wieczorem zmęczony, nie było już czasu, by porozmawiać z synem. Musiał przygotować jeszcze sprawy na dzień następny. Niedziele też nie były lepsze i tak, krok po kroku, powoli oddalał się od syna. Pamiętał jednak dzień, gdy Witold zdał na studia, na wydział prawa. Poszli wtedy do „Trojki”, aby pogadać i oblać ten sukces szampanem, był wtedy bardzo dumny z syna. A dlaczego nie do domu, do Heleny? Ach tak, wtedy już nie było Heleny, ani wspólnego domu. Od kilku lat byli osobno, ona zajęta swoją pracą i wychowywaniem syna, a on mieszkający w kupionej kawalerce, dzielący dzień między sąd a kancelarię. Nie byli już szczęśliwi! Witold odwiedzał go od czasu do czasu, wpadając raczej znienacka i opowiadając raczej skąpo o tym, co w domu, o swojej nauce, o swoich... Nie, o czym jeszcze wtedy rozmawiali, tego nie mógł sobie przypomnieć. A może po prostu milczeli? Potem przychodził coraz rzadziej. Poznał Agnieszkę, koleżankę z roku, bardzo miłą i sympatyczną dziewczynę. Spotkał ich kiedyś przypadkowo na ulicy, gdy szli objęci, szczęśliwi, wpatrzeni w siebie. Speszyli się na jego widok, ale nie miał zbyt dużo czasu, by z nimi porozmawiać, jak zwykle spieszył się do swojej kancelarii. Wiedział jednak, że po ukończeniu studiów Witold z Agnieszką planowali ślub.

             Jak skończą studia... Na to wspomnienie poczuł jak coś go gwałtownie łapie za gardło i dusi. Gdy dostał ten telegram od Heleny w pierwszej chwili pomyślał, że to po prostu zły sen i że zaraz się obudzi. Prawda była zbyt straszna, by mogła być prawdą. A jednak była i nic nie mógł na to poradzić. Witolda już nie było! Jak w letargu pamiętał ostatnie dni, potem pogrzeb, kwiaty... kwiaty... kwiaty... A potem było dziś i opowieść Heleny o dworcu, o pociągu, o skoku pod pociąg, o przerażeniu na dworcu, o chorobie Witolda. Gdy opowiadała bezbarwnym głosem, wypranym przez cierpienie i ból, siedział bez ruchu, bez gestu, słuchał jak w transie. Głos Heleny mówiący o niedawno ujawnionej chorobie Witolda, dobiegał jak z przestrzeni i ranił boleśnie... tak bardzo boleśnie! A on nie był w stanie zrobić żadnego ruchu ani nawet gestu najmniejszego. Słuchał więc w tępym milczeniu o tym, jak Witold przygotowywał się do obrony dyplomu, o ich wielkiej miłości z Agnieszką i liście jaki przeczytała, gdy było już za późno, bo najpierw była wiadomość o jego śmierci. O liście, w którym żegnał wszystkich, o jego chorobie AIDS, którą wykryto podczas ostatnich badań, o jego załamaniu i braku wiary w dalszy sens życia. Siedział i słuchał nie będąc pewny czy słyszy, bo wyło w nim coś przeraźliwie i jęczało potwornie. A potem stał w oknie i zapadał się w siebie, zasłuchiwał w ten ból wewnętrzny i wspomnienia. I gdyby wiedział, że można cofnąć czas idąc torami kolejowymi, szedłby tak wieczność całą...

            Siedziała w fotelu w milczeniu paląc kolejnego już papierosa. Przed nią w tandetnej, ale za to dużej popielniczce, piętrzył się stos niedopałków. Powietrze pełne było dymu, gęste i ciężkie. Wszystko tu było zresztą ciężkie... Omiotła wzrokiem pokój Witolda, był martwy, martwy jak – jej syn! Rzeczy Witolda już spakowała z Mateuszem. Nie było tego zresztą tak dużo, zmieściło się bez trudu w dwóch walizach, które stały teraz boleśnie żałobne przy drzwiach. Najwięcej było książek, trochę zdjęć i bibelotów. Była zmęczona, bardzo zmęczona, tak właściwie to trzymała się jeszcze tylko dzięki kawie pitej w hektolitrach i papierosom palonym niemalże jeden po drugim. Wiedziała, że długo tak nie wytrzyma, ale było jej to zupełnie obojętne. Cały swój ból, całą rozpacz już wypłakała i teraz była pusta i wypalona. Lecz wiedziała, że to jeszcze nie koniec, że koszmary powrócą jeszcze niejednokrotnie. Spojrzała na stojącego w oknie Mateusza. Nie pamiętała jak długo tam stał, wydawać by się mogło, że wieczność całą. Mateusz...? Gdy rozeszli się, Witold został przy niej, a ona nie szczędziła wysiłków przy jego wychowywaniu. Potem, gdy podrastał i stawał się coraz bardziej samodzielny, ją coraz to bardziej pochłaniała praca. Miała opinię zdolnej i pracowitej prokurator, a pracy było coraz to więcej i więcej. Witold uczył się zawsze dobrze i należał do przodujących w klasie, z tym więc nie było kłopotów. Z innym zresztą też nie, bo nad towarzystwo kolegów przedkładał książki i dobrą muzykę. To był ten jego świat... Potem poznał Agnieszkę, która weszła do tego jego świata i w nim już pozostała. Byli szczęśliwi. Wiedziała zawsze doskonale, że Witold utrzymuje kontakty z ojcem, że go odwiedza. Nie krył się z tym zresztą wcale, a ona uważała, że tak jest w porządku, że tak być powinno. Na wiadomość o jego tragicznej śmierci, padła niczym rażona gromem. Myślała, że oszaleje, chciała wyć, krzyczeć, przeklinać wszystkich i wszystko. Gdyby nie Agnieszka, która była wtedy przy niej, sama nie wie co by się stało. A potem przyszło otępienie i siedziała całymi dniami bez słowa i nie mogła zrozumieć dlaczego tak się stało? Dlaczego akurat Witold? Dlaczego nic nie powiedział o swojej chorobie? Dlaczego nie przyszedł po pomoc, po pomoc do niej, do matki? Dlaczego nie zwrócił się o nią do ojca? Dlaczego wybrał tak tragiczny koniec? Dlaczego... dlaczego...? Wiedziała, że mogłaby mnożyć tego typu pytania i wiedziała, że już nigdy nie otrzyma na nie odpowiedzi.

            Spojrzała znów w stronę Mateusza. Stał i patrzył na nią, a może raczej w jej kierunku, ale nie była pewna czy ją widzi?! Postarzał się, posiwiał, przygarbił, chociaż nadal był bardzo przystojnym mężczyzną. Wiedziała, że śmierć Witolda wstrząsnęła nim głęboko, przygniotła i obezwładniła tego zawsze twardego i logicznego mężczyznę. Oboje przegrali swoje życie, chociaż o ironio losu i tak byli wygrani w jakimś tam stopniu, bo przecież ten, który miał je wygrać całe, już prawie na samym początku przegrał je z kretesem, ba gorzej nawet, stracił je prawie całe...

            Za oknem przeraźliwie skrzypiąc na szynach przemykały pierwsze poranne tramwaje. Miarowy, szum samochodów mieszał się z gwarem ulicy. Miasto budziło się do kolejnego dnia. Mateusz siedział w fotelu i palił papierosa, popiół obsypywał mu się po spodniach i wsiąkał w dywan. Kawa dawno wystygła, a nie stać ich było na to, by zrobić ten wysiłek i zaparzyć nową. Zresztą po co, czas było wstać i wyjść, zamknąć za sobą drzwi... Nie, nie drzwi, lecz jeszcze jeden rozdział życia. Helena wstała, zachwiała się i podeszła po płaszcz. Mateusz siedział bez ruchu.
-          Wiesz Heleno, ja zawsze chciałem... – zaczął, lecz przerwała mu gwałtownie. Nie było już nic do powiedzenia, tym bardziej o planach niezrealizowanej przeszłości, o tym co było już niemożliwe do zrealizowania. W sytuacji gdy Witold już nie żył.
Przypatrywał się jej, aż poczuła się speszona. Zrozumiał co chciała powiedzieć. Powracanie do przeszłości nie mogło ich rozgrzeszyć. Oboje byli winni, że nie umieli utrzymać swojego szczęścia. Oboje byli winni, że nie umieli stworzyć swojemu synowi rodzinnego domu, że ten który miał pozbawiony był ciepła. Może nie doszłoby wtedy do tego co się stało. Tak, oboje byli winni i nie było dzisiaj sensu przywiązywania większej części tej winy któremukolwiek z nich. Wbrew temu co myślało każde z nich, ta wina jakoś ich jednak jednoczyła... I czuli podświadomie, że ich dusze nigdy nie zaznają spokoju i pozostaną jak rozdarte skrzydła aniołów, które do nieba już wstąpić nie mogą...

Andrzej B. Czulda
Łódź 1991


TRYPTYK O TRZECH OBLICZACH LUBOMIERZA....

OBLICZE PIERWSZE -

Małe senne miasteczko, gdzieś na krańcu kraju. Po pustych uliczkach hula marcowy wiatr zawiewając drobiny kurzu i mdły swąd dymu, nadlatujący z odległego komina. Od czasu do czasu w mijanym zaułku przemknie spłoszony kot lub pies, na wszelki wypadek jednak jeżąc sierść na karku. Ot, tak na powitanie! Na rynku otoczonym kolorowymi kamieniczki z podcieniami, pamiętającymi zapewne XVI i XVII wiek wznosi się na środku, niczym wyspa na oceanie, okazały klasycystyczny ratusz. Spotykamy tu trochę ludzi, co może świadczyć, że nie jest to księżycowa oaza, tylko żyjące swoim rytmem małe, spokojne miasteczko. Cisza, której nawet nie mącą przyciszone rozmowy mieszkańców krążących po rynku, robiących zakupy, załatwiających swoje sprawy lub zupełnie tak po swojsku delektujących się złocistym miejscowym piwem. Cisza... dla mnie przybysza ogłupiałego wielkomiejskim pędem, szumem i idiotycznym żywiołem wielkiej metropolii, zbawienna. Nic dziwnego, że napawam się nią głęboko, mając przez chwilę złudzenie, że znalazłem się w innej czasoprzestrzeni. Potem łapię się na tym, że przez moment zazdroszczę mieszkańcom, że mogą sobie tutaj tak błogo żyć. Jednak wiem, że ja sam chyba nie umiałbym tutaj egzystować, mając zakodowane w genach tamto zwariowane życie.
Rozglądając się ciekawie, przemierzam uliczki miasteczka wraz z Darkiem Milińskim, który mnie tutaj przywiózł. Szukam plenerów i obiektów zdjęciowych do swojego najnowszego filmu, właśnie o Darku, o jego sztuce, o jego pasji i życiu. On ma tę przewagę nade mną, że jest u siebie, że znają go tu wszyscy, ale i ja nie jestem bez szans, bo patrzę na wszystko tutaj bardziej obiektywnie, bardziej chłodnym okiem. No cóż, rutyna...
Obiekt, do którego przywiózł mnie Darek, to stary, chyba neogotycki kościółek poewangelicki, dziś jednak zupełnie opuszczony. W środku pusto, jeżeli nie liczyć sterty desek i duchów przeszłości, które gdzieś tutaj wibrują w powietrzu, pomiędzy opuszczoną nawą, a drewnianym prospektem. Jestem zachwycony. Już oczami wyobraźni czuję magię tego miejsca. Tak, to jest to, czego szukałem, co może być dekoracją do pierwszej sceny mojego filmu, równie a może nawet bardziej odległej w czasie niż to zapomniane przez anioły sacrum.
W drodze powrotnej rozglądam się ciekawie, starając się zapamiętać jak najwięcej. Mam pamięć fotograficzną i to co zapamiętam, koduje się w niej na zawsze. Gdzieś z boku widzę fasadę barokowego kościoła z XVIII wieku, który podobno zalicza się do najładniejszych śląskich budowli barokowych. Szkoda, że brak mi czasu aby go zwiedzić. Może innym razem...?
Gdy z rykiem silnika wyjeżdżamy z miasteczka, żegnają nas zaciekawione spojrzenia mieszkańców, ujadanie psów i zachodzące powoli gdzieś za kłębiaste chmury słońce, które niebawem zamienią się w ulewny marcowy deszcz.
Jestem pewien, że jeszcze tu wrócę...

OBLICZE DRUGIE -

Stary kościółek poewangelicki, jakby za dotknięciem czarodziejskiej różdżki ożył nagle, zapełnił ludźmi, rozjaśniał blaskiem świec i reflektorów, a duchy przeszłości odżyły jakby na nowo. Mroczna dotąd fasada rozbłysła nikłym blaskiem światła reflektorów, wydobywającym na niej podłużne tajemnicze cienie. Spokojny dotąd placyk przed dawną świątynią zaiskrzył gwarem i krzątaniną ekipy, rozwijającej oświetlenie, ustawiającej kamerę, aktorami z grupy teatralnej Pławna 9. Dalsze otoczenie ginie jednak w mroku październikowego wieczoru, skrywając stojące tam samochody załadowane kostiumami. Spokojne miasteczko po raz kolejny staje się planem filmowym, jednak nie filmu fabularnego jak to onegdaj bywało w przeszłości, lecz tym razem dokumentalnego.
W mrocznym wnętrzu kościółka zainscenizowany ołtarz tonie w istnej powodzi grubych świec, stwarzając trochę surrealistyczną scenerię. Ale taka atmosfera jest uzasadniona treścią realizowanego filmu – filmu o magicznym świecie, fascynującej osobowości i oryginalnej twórczości Dariusza Milińskiego, malarza, rzeźbiarza, poety, inicjatora plenerowych spektakli teatralnych, tak samo niezwykłych, jak niezwykłe są jego obrazy. Film mający być w swoim założeniu misterium o sztuce i życiu szczęśliwym, bo trop zakodowany w języku narracji jego obrazów, w symbolicznym universum świata prowadzi wprost do średniowiecznego Święta Głupców, które narodziło się jako zimowa ekstrawagancja stanowiąca element odwróconego porządku czasu karnawału. Było widowiskiem wesołych wagabundów – goliardów, którzy stworzyli rubaszną, groteskową parodię wspólnot religijnych, obrzędów i praktyk kultowych, wykorzystujących maskę będącą oznaką zmiany społecznej pozycji. Były one związane z pewnymi elementami liturgii, a po drugie – eksponowały i dowartościowywały tych wszystkich, którzy mogli stawać się obiektem kpin. Jest to tak zbieżne ze sztuką uprawianą przez Milińskiego, że stanowić będzie klamrę filmu o nim. Tak, jak gęstnieje sztuczna mgła na planie, tak zagęszcza tłumek gromadzących się zaciekawionych mieszkańców, przyglądających kolejnym „nawiedzonym filmowcom”, którzy wprowadzili trochę zamieszania w ich senną rzeczywistość. Są do tego przyzwyczajeni - spokojne miasteczko planem filmowym było już w roku 1958, gdy Kazimierz Kutz realizował tu nowelę „Wdowa” ze swojego „Krzyża Walecznych”. Potem zaglądali tu jeszcze i inni; Marek Ciecierski z „Maratończykiem”, Piotr Łazarkiewicz z „Kocham kino”, Teresa Kotlarczyk z realizacją filmu „Zakład”. Jednak najbardziej przeżywaną realizacją byli „Sami swoi” Sylwestra Chęcińskiego i dalsze części tej „trylogii”, z którą mieszkańcy związali się na zawsze.
Gdy późną nocą opuszczamy gościnne miasteczko, z warkotem samochodowych silników przemykając przez zatopione w nikłym świetle latarni uliczki i opustoszały rynek, żegnają nas oświetlone okna domów i ujadające w ich sąsiedztwie psy. Na ciemno granatowym niebie tkwi wpięty księżyc...

OBLICZE TRZECIE -

Małe rozbawione miasteczko skąpane w prażącym - niczym na pustyni Gobi – sierpniowym słońcu. Nie ma już spowitych w senności uliczek i prawie opustoszałego rynku, nie szczekają rozleniwione psy, które przezornie zaszyły się w najgłębszych kątach swoich bud. Nawet wylegujące się zazwyczaj na słońcu koty, czmychnęły gdzieś w znane tylko sobie dziury.
Miasteczko żyje – nie, to mało powiedziane – bucha, tętni i kipi zabawą, radością, tłumami, które nie wiadomo gdzie się zaczynają, a gdzie kończą. Rzeka ludzi przelewa się uliczkami, spiętrza przy rynku, który nagle robi się jakiś za mały, rozsadza go, napiera na stojące w odświętnej szacie kamieniczki, które odbijają echem kolejny koncert na wielkiej scenie, wybudowanej w jednej z pierzei. Kolejny VI Ogólnopolski Festiwal Filmów Komediowych trwa. Festiwal, który z małego sennego i nieznanego szerzej miasteczka, uczynił polską stolicę komedii i rozsławił je wśród entuzjastów tego filmowego gatunku, a klasycystyczny ratusz zamienił na parę dni w festiwalowe centrum. Przez cztery dni toczy się więc tętniące festiwalowe życie, a to za sprawą sporego zastępu popularnych aktorów, reżyserów, jednym słowem filmowej braci różnorodnej specjalności. Na olbrzymich scenach, które wyrosły niczym grzyby po deszczu coś dla ducha – występy licznych zespołów, kabaretów, artystów prezentujących wszelki repertuar słowno-muzyczny. Dla oczu – projekcje filmowe, toczące się na wielkich rozpiętych ekranach, zaś dla ciała i pokrzepienia niezliczone stoiska gastronomiczne i piwiarnie, dla drenażu kieszeni stragany z dobrem wszelakim. Akcja toczy się dalej; aktorzy rozdają autografy i uśmiechy, jedno i drugie bardzo szczodrze i licznie – tak więc, zadowoleni są i łowcy autografów i amatorzy wspólnej fotografii z uwielbianą przez siebie gwiazdą. I tak przez kolejne dni trwa wypełniony programami festiwal, zamieniając to przemiłe miasteczko w kipiący tygiel, w istną Wieżę Babel. A w zaułku za ratuszem, obowiązkowe miejsce pielgrzymek, Muzeum Kargula i Pawlaka, bohaterów „trylogii” Chęcińskiego, a tam z pietyzmem przechowywane filmowe rekwizyty: pług, który zaorał pawlakową miedzę i kosę, która prześwięciła kargulowe żebra. Słynny karabin, z którego zamek „wylata”, a nawet granaty przechowywane przez pawlakową babcię na czarną godzinę.
I, gdy tak przepycham się przez ten rozwibrowany tłum, co wcale nie jest takie proste, bo napiera z lewa i prawa, skręca się i wije wokoło, z podziwem myślę o organizatorach i pomysłodawcach tego festiwalu, o ich wielkiej pasji w jego tworzeniu i ogromnej gościnności, której mam możliwość jako gość doświadczać. Bo chociaż nie jestem fabularzystą i nie nakręciłem nigdy w życiu komedii, to jednak za ich sprawą jestem zaproszony i mam tu swoje pięć minut. W poewangelickim kościółku – gdzie wibrują duchy przeszłości – a teraz znany fotografik otworzył artystyczną galerię „Za miedzą”, pokazywany był mój film „Wpinanie księżyca”, a potem odbyło się bardzo sympatyczne spotkanie z widzami. I było mi przyjemnie i było mi miło, bo pozostawiłem w tym miasteczku jakiś swój malutki ślad. Być może, wpiąłem w ciemne niebo nad miasteczkiem swój malutki księżyc...?
A, gdy potem trochę zmęczony dniem pełnym wrażeń, wstępuję na piwo pod wielki namiot, przyglądam się z zaciekawieniem trzeciemu obliczu tego miasteczka, jego sile w utrwalaniu własnej legendy i wierze, że w przyszłości będzie jeszcze lepiej. A jednak ( może to zasługa wypitego piwa ) pośród tego święta, bądź co bądź związanego z filmem fabularnym, wyłazi ze mnie rogata dusza dokumentalisty. Nie mogę bowiem oprzeć się myśli, że bardzo chciałbym nakręcić film o tym miasteczku, taki właśnie tryptyk o jego trzech obliczach. Film sprzedawany tu podczas festiwalu, na kasetach, w dziesiątkach, setkach egzemplarzy.... Marzenia, marzenia...!
Rozjaśniające czarne niebo kaskady fajerwerków, zwiastują jednak koniec kolejnego święta. Rozbłyskujące w górze ferie barw układające się w wielokolorowe wzorce – niczym wodospady – spływają ku ziemi, by na ich miejsce wytrysnęły wciąż nowe i nowe...
Żegnając to gościnne miasteczko i poznanych w nim przyjaciół, zastanawiam się w duchu, czy dane mi będzie powrócić tutaj za rok?

Andrzej B.Czulda
Łódź 2002.


WIECZNY PROZELITA

 

Motto:
It is a tale told by an idiot,
full of sound and fury, signifying nothing.
                                                   („Makbet”-Szekspir)

             Głęboka ciemność na suficie zaczęła szarzeć, przywracając otoczeniu realne kształty. Miał już dość leżenia w bezsenności. Przychodzi w końcu taka chwila, gdy każde ułożenie ciała staje się niewygodne, każde położenie uwiera i ugniata. Po omacku odnalazł papierosy, zapalił zaciągając się łapczywie i opuścił nogi z wersalki. Za oknem sąsiednie domy zaczęły wyraźniej odbijać się na tle nieba, a w niektórych oknach wstydliwie zapalały się pierwsze światła. Palił w milczeniu. Coraz częściej pojawiały się takie noce, gdy mimo zmęczenia sen nie nadchodził, aż bezruch leżenia stawał się nie do wytrzymania. No cóż, starzał się i nie było sensu tego ukrywać, szczególnie przed samym sobą. Wystarczyło przecież popatrzeć bardziej wnikliwie w lustro.
Ze świeżo  zaparzoną kawą powlókł się do biurka, gdzie od wczoraj bezczelnie szczerzyła do niego swe klawisze, maszyna do pisania z wkręconą białą kartką. No właśnie, z białą kartką! Już dawno powinien napisać felieton, a jednak pomysł nie przychodził, a gdy nawet udało mu się napisać początek, to po chwili wydawał mu się on równie głupi, jak i wszystkie poprzednie. A przecież należał do zdolnych dziennikarzy, kiedyś nawet uważany był za „pierwszą kosę” w redakcji, co to potrafi na kolanie machnąć artykuł jak należy.
Kiedyś? – zamyślił się. No cóż, życiorys miał bardzo podobny do wielu innych, może tylko bardziej powichrowany przez ostatnie lata i przez sprawy, które dostrzegał jako dziennikarz, a których inni nie dostrzegali lub może nie chcieli dostrzegać. Młode lata, które powinien spędzić uganiając się po sianie za dziewczynami, spędził w partyzantce, tak samo jak całe prawie jego pokolenie. Wtedy wszystko wydawało się prostsze, nie pytali kto ma rację, czy ci w Londynie, czy ci w Moskwie, dla nich cel był jeden: bić Niemca jak najmocniej i robili to jak umieli najlepiej. Potem, gdy wszystko się skończyło i przewalił się ten cały wojenny i powojenny bajzel, ze zdumieniem dowiedział się, że oni są bohaterami Ojczyzny, a ich koledzy ze szkolnej ławy, często bracia czy kuzyni są reakcjonistami i bandytami, a to tylko dlatego, że ich oddziały miały inną przynależność i inne dowództwo naczelne. Długo nie mógł tego zrozumieć, czemu niektórzy jego koledzy nikną nagle bez rozgłosu i nigdy już się nie pojawiają. Później zrozumiał, że orzeł bez korony jest „dobry”, a ten sam orzeł w koronie jest „zły” i lepiej w ogóle nie mówić głośno co innego, bo można wtedy i zniknąć samemu. Był już wtedy studentem Uniwersytetu, gdzie jako zasłużony partyzant dostał się bez egzaminu, a że był zdolny, ambitny i pracowity, więc żadne poparcie, nawet ideowe nie było mu potrzebne. Rzecz jasna należał do Organizacji Studenckiej – brał udział w „agitowkach” i manifestacjach, ale robił to wtedy z przekonania, bo wierzył w hasła o odbudowie, o ziemi dla chłopów, o fabrykach dla robotników. Na własne oczy widział jak odbudowuje się Warszawa, jak powstaje z ruin Starówka, jak rosną nowe zakłady pracy i kolejne dzielnice mieszkaniowe. Gdy z wyróżnieniem ukończył studia, z zapałem włączył się w to wspólne dzieło, pisując płomienne artykuły jako młody dziennikarz. Z dumą patrzył jak państwo rośnie w siłę, a ludziom żyje się dostatniej. Wstąpienie do partii odczuł jako dowód zaufania do siebie i swojej postawy. Pełen entuzjazmu zapomniał nawet o dawnych kolegach „których nigdy nie mógł spotkać...”. Naród i państwo pięło się w górę, a wraz z nim wzrastał i on – no cóż – normalna kolej rzeczy.
W rękę boleśnie sparzył go tlący się papieros. Za oknem przebijały się pierwsze promienie słońca, które jasną smugą kładły się na białej kartce wkręconej w maszynę. Nie przybył na niej ani jeden nowy wyraz.

            Kawa miała cierpki smak, ale przywykł do jej smaku, przychodził tutaj bowiem od lat niezmiennie, przed pójściem do redakcji. Czuł się tutaj dobrze i swojsko, kelnerki zwracały się do niego z sympatią i pewną poufałością, którą daje status stałego bywalca. Spotykał znajomych, tych których chciał spotkać, jak i tych których widzieć nie chciał. Zagadywali do niego, zamieniali z nim kilka słów lub jak niektórzy kłaniali się tylko sztywno z daleka. Samo życie! Napił się znów koniaku. Coraz częściej po niego sięgał, coraz częściej był mu niezbędny, wbrew własnemu sercu, które nie było już tak posłuszne jak dawniej. Za oknem kawiarni głośno skandując przeciągnął pochód strajkujących kobiet, bezrobotnych, wzburzonych i zrozpaczonych. Ile to już było takich pochodów? Nie umiał policzyć. Nowi ludzie, lecz hasła wciąż pozostawały te same. I nowe rządy były... wpierw komuna walcząca, potem socjalizm, teraz rządy „Solidarności”, a jednak hasła i wezwania ludu pozostawały wciąż te same, boleśnie niezmienne: „Pracy, Chleba, Godności!”. I wciąż ta sama karuzela obłudy: na początku pokora, wielkie plany i jeszcze większe obietnice ubiegających się o władzę, a potem...? A potem, po jej otrzymaniu: arogancja, kłamstwa, oszustwa i kolejne malwersacje na coraz to większą skalę – coraz bardziej bezczelnie. Znał to dobrze, miał czas i okazję przyjrzeć się temu, aż nadto.
W jego życiu również nadszedł okres, gdy nagle zaczął dostrzegać, że nie wszystko jest białe co się białym zwykło nasywać, jak i nie wszystko czarne było akurat czarnym. Potem rozumiał i dostrzegał coraz to więcej, aż nadszedł w końcu czas, gdy zaczął się po prostu buntować. Jego artykuły do tej pory tak poprawne, nagle zmieniły ton, co wprawiło szefostwo redakcji w szok. Coraz częściej był zmuszony odwiedzać gabinet naczelnego, który na wszelkie sposoby starał się „nawrócić” go na właściwą ideologicznie drogę, a gdy i to nie pomagało, zmuszony był kilkakrotnie odwiedzić Biuro Komitetu, gdzie początkowo grzecznie starano mu się wytłumaczyć niestosowność jego postępowania, a gdy i mimo tego nie chciał powrócić do grona „wiernych owieczek”, zabrakło dla niego po prostu w redakcji pracy. Znalazł się na bruku. Stracił za jednym zamachem pracę, możliwości i przyjaciół, którzy nagle przestali go dostrzegać, a zaczepieni znienacka przez niego, nigdy nie mieli czasu. Zrozumiał – stał się „zadżumiony”, a więc niebezpieczny! Jakoś jednak sobie radził, dorabiając to tu, to tam, aż w końcu dostrzegł coś dla siebie. Był to nowy ruch, który wyrastał na fali ogólnej krzywdy, niezadowolenia i nietolerancji. Z całą pasją jaka w nim jeszcze pozostała, przyłączył się do niego, a on z radością go przyjął. I znów pisał, co prawda było to w podziemiu, ale mógł za to pisać już bez skrępowania i cenzury co myśli i czuje, a z nim miliony takich jak on. I miał nowych przyjaciół, takich jak on sam, widzących i dostrzegających to, czego inni dostrzec nie chcieli. Chcących zmienić, a więc ulepszyć nadchodzące jutro. Czuł, że znów żyje, że jest potrzebny, że to co pisze czytają tysiące... Nie pamiętał już dziś, ile było tych wspólnie nieprzespanych nocy, ile akcji i dyskusji, wieców protestacyjnych. Czuł jak i inni, że wieje nowy wiatr historii, który musi wcześniej czy później przynieść nowe jutro. I w końcu to jutro przyszło; był Gdańsk, był Szczecin i Jastrzębie. Był tam, brał w tym wszystkim udział wraz z nowymi przyjaciółmi i pisał. Dużo pisał. Były porażki i zwycięstwa, ale tych ostatnich było zdecydowanie więcej. Rok 1980 należał do nich! A jednak nie podarł jak inni swojej partyjnej legitymacji. Odesłał ją do Komitetu z obszernym listem wyjaśniającym, jak bardzo się zawiódł, tak jak i tysięcy jemu podobnych szeregowych członków, którzy uwierzyli w głoszone tak szumnie przez dziesięciolecia hasła.

W redakcji ruch panował jak każdego dnia. Nerwowo trzaskały maszyny do pisania wypluwając z siebie kolejne artykuły, w rogu równomiernie stukał dalekopis, nawet telefony dzwoniły jak co dnia, czyli jak oszalałe. Zdenerwowani redaktorzy dyżurni spieszyli się, by zdążyć ze szpaltówką na ostatni przysłowiowy dzwonek, zaś ci co nie mieli akurat nic do roboty, powiększali jeszcze bardziej panujące zamieszanie. Usiadł przy biurku i bezmyślnie zaczął przeglądać pocztę. Przywykł do niej, od lat bez mała czterdziestu wciąż to samo; anonimowy donos na sąsiada, który zbyt szybko się wzbogacił, o aferze w fabrykach, które sprzedawano za pół darmo, o katechecie, który zagląda pod spódniczki na lekcjach religii i o prezesie spółki, który oszukuje na pensjach personelu. Kolejne listy, to też nic w gruncie rzeczy nowego: o wzrastającym bezrobociu, o upadku fabryk, o strajkach, tyle tylko, że teraz sprawcy tych afer inne mieli imię i inny sztandar, już nie spod znaku czerwieni, tylko spod... no właśnie jakiego? Do diabła, teraz trudno było nawet z określeniem jakichkolwiek sztandarów, bo  miały to do siebie, że co jakiś czas zmieniały zabarwienie.
W redakcji pracował od niedawna. Nie była to tygodniówka popularna w kręgach u steru, wręcz nawet przeciwnie, ale za to ciesząca się olbrzymim wzięciem u wiernych i zagorzałych czytelników. Szczycąca się największym nakładem spośród wszystkich tygodników, a przy tym wszystkim co było najważniejsze, w pełni niezależną, w której można było pisać prawdę bez obawy, że artykuł zostanie zdjęty, a jego autor ukarany. A to, o czym pisał tak jak i inni w swoich artykułach, nie wydrukowałaby żadna inna prasa. Skąd to znał? Ktoś kiedyś powiedział, że historia kołem się toczy!

            Wieczór był przyjemny, ciepły i miło było tak iść niespiesznym krokiem przed siebie, właściwie tak bez żadnego celu. Nie spieszno mu było do domu, gdzie nikt nie czekał, a sen zapewne znów długo w nocy nie nadejdzie, o ile przyjdzie w ogóle. Jasnym blaskiem świeciły sklepowe witryny coraz to nowych sklepów - nazywanych teraz Shop, Market i diabli raczyli wiedzieć jak jeszcze, byle tylko nie zwyczajnie sklep – gdzie piętrzyły się stosy towarów, których nie powstydziłby się i Paryż. Było teraz w czym wybierać, tylko że tych wybierających było coraz to mniej. I wystarczyło rozejrzeć się tylko baczniej dookoła, by dostrzec twarze ludzkie znów zatroskane, zagniewane, a często i pełne bezsilnej rozpaczy i rezygnacji. W natłoku przebogatych sklepów, różnego rodzaju budek i straganów, ginęła ludzka nędza i pustka dnia jutrzejszego. I gdy tak patrzył na to miasto spowite w całun wieczornych neonów czuł, że ten olbrzymi moloch śpi jeszcze znów oszukany, ogłupiały i zaskoczony kolejny już raz, lecz sen jego jest coraz krótszy, a gdy się ponownie ocknie, to wtedy...
Wzdrygnął się nagle. Wieczorny gwar przeciął ryk syren, a ulicą przemknęły złowrogie wozy policyjne na sygnale. Mimo woli wrócił do niego tamten grudzień, zimny i groźny. Przyszli po niego o świcie, kazali ubrać się ciepło i iść za sobą. Nie, nie bili, nie byli nawet aroganccy ani agresywni, po prostu bali się tak jak i on i jak on byli niepewni co będzie dalej. I znów jego dzieje podobne były do losów wielu jemu podobnych; kolejne przystanki w podróży w nieznane i w końcu obóz internowanych. Nie były to wczasy nad Balatonem, ale nie były to też obozy koncentracyjne czy ubeckie lochy. Nie bito ich i nie szykanowano sadystycznie, chociaż to pozbawienie wolności, sącząca się niczym jad niepewność o najbliższych i o ich własne jutro, było dostatecznie dokuczliwe. Od czasu do czasu docierały do nich wiadomości przemycane z zewnątrz, lecz nie były one w żaden sposób optymistyczne. Był Stan Wojenny! A jednak mieli tę pozorną przewagę nad pozostającymi na wolności, że w tak trudnym okresie nie musieli praktycznie troszczyć się o nic, bowiem gdzieś odgórnie martwiono się za nich. Wtedy to spadł na niego najcięższy cios, zmarła najbliższa mu osoba, jedyny wierny przyjaciel i druh, jedyny powiernik, ukochana żona. Miała nowotwór, wiedział o tym od dawna, a jednak...
Komendant obozu okazał się nie być ani sadystą, ani oprawcą, tylko człowiekiem w mundurze, któremu przyszło wykonywać rozkazy. Dał mu dwutygodniową przepustkę. Po załatwieniu spraw związanych z pogrzebem, mógł do obozu tak po prostu nie wrócić, mógł uciec, ukryć się gdzieś, a jednak tego nie zrobił. Wrócił punktualnie. Nie mógł postąpić inaczej, nie pozwalała mu na to jego wiara w słuszną sprawę o którą walczył, jego poczucie odpowiedzialności i solidarności z takimi jak on, z którymi ramię przy ramieniu walczyli o życie w godności i sprawiedliwości.

            Jeszcze raz spojrzał w lustro. Patrzyła na niego jego, a zarazem nie jego twarz. Jeszcze i dziś w miarę przystojna, mimo siwych i na szczęście gęstych włosów, takich samych wąsów w kolorze mleka i coraz to bardziej widocznej pajęczyny zmarszczek. Oczy kiedyś niebieskie, dziś straciły swą barwę i blask. Zgasił światło i wrócił do biurka, na którym stała maszyna z denerwująco białą kartką. Nie mógł zmusić się do jej zapisania, chociaż termin złożenia artykułu zbliżał się nieuchronnie. Głowę pełną miał problemów i spraw, a mimo to nie mógł zmusić się do ich przelania na papier. Był pusty, stracił nadzieję i sens pisania, które niewielki w gruncie rzeczy odnosiło skutek. Hydra była bowiem zbyt wielka. Znów był na początku drogi, w której nie widział już celu. W okresie zwycięstwa „nowego", od razu dostał pracę jako zastępca naczelnego w nowo powstałej gazecie. Z entuzjazmem wziął się wtedy do pracy, starając się wskazywać kierunki drogi ku budowie „nowej”, „suwerennej”, „bogatej i dostatniej”... Lecz zbyt szybko połapał się, że coś tutaj jest nie tak, że to „nowe” wcale nie jest takie nowe, że to tylko nowe szyldy i sztandary zastąpiły stare. Zbyt szybko dostrzegł, że nowe kliki i koterie zastąpiły stare, same z czasem będąc jeszcze bardziej aroganckie i agresywne, a cech tych nawet nie starano się maskować, choćby dla zwykłej przyzwoitości. Że indolencja i nieudacznictwo stało się jedną z podstaw nowej władzy. Wczorajsze hasła, które wznoszono tak wysoko, dziś stały się zawadzającymi sloganami. A to, o co tak żarliwie walczono, dziś zaczęło być ponownie zwalczane. Zrozumiał już wszystko, gdy doczekał prezydenckich wyborów, aroganckich i buńczucznych, przeprowadzonych z pozycji”: „Bo ja tak chcę!”. Gdy zobaczył chamskie – bo jakże to inaczej nazwać – przejęcie władzy prezydenta-elekta od prezydenta-generała, do którego mimo wszystko powinno się mieć szacunek, choćby z racji zajmowanego stanowiska o ile nie zasług, nie wytrzymał! Trzasnął naczelnemu nową legitymacją o biurko i wyszedł. Na zawsze! I znów został sam, stracił pracę i kolejnych przyjaciół, którzy jak tamci sprzed lat, starali się go nie dostrzegać, a gdy już musieli się o niego otrzeć, nie ukrywali swej pogardy. No cóż, to też już znał! Pracę znalazł zresztą dość szybko w nowym tygodniku, lecz tym razem nie starał się już z nikim zaprzyjaźniać. 

            Przez otwarte okno wlewała się do pokoju noc, z pobliskiej ulicy nie dochodził już żaden dźwięk. Miasto spało. Siedział przed tą kartką i chociaż w myślach pisał dziesiątki artykułów, to na papierze nie pojawił się ani jeden wyraz. Bo o czym też miał pisać? Czy o aferach różnych spółek, których jedyną produkcją była afera za aferą i bezczelne, jawne prawie, rozkradanie majątku narodowego na wszystkie możliwe sposoby? Czy może też o zamykaniu coraz to nowych miejsc pracy i coraz to większej rzeszy bezrobotnych, której szeregi wciąż rosły, a może o zamykaniu coraz to nowych przedszkoli i o upadku kultury, oświaty, a nawet i służby zdrowia? Można było pisać też o sejmie i jego indolencyjnych posłach, którzy miast jak najpilniej zająć się uchwalaniem ustaw dla ratowania konającej gospodarki, na ogół wcale nie przychodzili na posiedzenia, a o ile już się tam znaleźli i zdarzyło się im akurat nie drzemać, zajmowali się tak ważkim problemem jak „skrobać czy też nie skrobać polskich kobiet”, jakby większym ich problemem nie powinna być osobista impotencja umysłowa, na którą nie pomoże już żadna skrobanka. Jako dawny katolik chcący wrócić na łono wiary, mógł pisać o kościele, nad wyraz teraz pazernym i prącym za wszelką cenę do władzy i do polityki bardziej, niż do szerzenia Dekalogu, o którym to sam kompletnie zapomniał. O wyznawaniu przez Kościół i duchowieństwo katolickie haseł wolności i demokracji, a także pluralizmu, w imię to których - wbrew większości zresztą – wprowadzono na siłę religię do szkół, by izby katechetyczne pozamieniać na wzorcowe butiki. Chociaż musiał przyznać obiektywnie, że ostatnio liczba wiernych jakby się zwiększyła, o ile weźmie się pod uwagę całe rzesze nagle cudem nawróconych, którzy jeszcze wczoraj budynek kościoła i jego otoczenie, omijali szerokim łukiem.
Im dłużej się nad tym wszystkim zastanawiał, tym bardziej ogarniało go przerażenie i bezmiar niezrozumienia. Nie mógł pojąć, jak ludzie którzy tak niedawno i z takim zapałem, poświęceniem walczyli o lepsze jutro, dziś to jutro brutalnie depczą i opluwają, zapominając o szczytnych ideałach? Nie mógł i nie chciał już dłużej się z tymi ludźmi utożsamiać. Brzydził się nimi i czuł dla nich nawet nie pogardę, bo to było za wiele, lecz po prostu litość. Nie mógł pojąć, jak działacze którzy kiedyś pełni poświęcenia, porywali za sobą masy, a dziś za to poświęcenie żądali milionów odszkodowania! Nie mógł tego zrozumieć, bo czy ktoś kiedyś żądał od swojej ojczyzny odszkodowania za okupację, za obozy, za walkę i poświęcenie...?

            Siedział tak samo jeszcze głęboko zamyślony, gdy przez otwarte okno wpadł pierwszy promień słońca. Tylko popielniczka koło jego ręki  była pełniejsza ponad krawędź i powietrze bardziej gęste. I chociaż przez całą noc tak siedział pisząc myślami, że nie jeden artykuł mógłby napisać, lecz książkę całą, to jednak kartka w maszynie pozostawała przeraźliwie, nieskazitelnie biała...

Andrzej B.Czulda
Łódź 1991

___________________________

tłumaczenie: ang. /życie/ jest to opowieść idioty,
pełne wrzasku i wściekłości, /lecz/ nic nie znacząca.

 


WŁOSY

             Włosy były złote. Tak, właśnie złote – ani żółte, ani rude, a o pięknej barwie starego złota. Miały swoje uczesanie: z przodu wychylały się nad czołem małą grzywką, z tyłu natomiast zakrywały uszy i opadały na kołnierz ślicznej czerwonej bluzki. Tak czesały się zawsze, po prostu to było takie ich zwykłe uczesanie, raz jednak przyszły przepasane błękitną wstążką, ale to było dawno i teraz właściwie już nie mogę sobie przypomnieć, jak wyglądały jako całość. Pamiętam tylko, że to było w lecie, a o tej porze roku wyglądały dużo ładniej niż w innych. To chyba w tej przepasce było im do twarzy. A w ogóle, to dopiero letnie promienie słoneczne wydobywały z włosów całą specyfikę ich barwy, dopiero słońce oświetlało je, czyniło jakby wyraźniejszymi, dopiero i tylko w słońcu były naprawdę sugestywne.
Z początku dziwiłem się uwadze jaką na siebie ściągają: tam, gdzie były choć chwilę, stawały się centrum zainteresowania. Wszyscy na nie patrzyli, a ja z zachwytem czytałem w spojrzeniach: - „To są najpiękniejsze włosy jakie kiedykolwiek widzieliśmy”, albo „Nigdy czegoś podobnego nie udało nam się spotkać”. Niejedna para oczu mówiła wprost: „To są najcudowniejsze włosy na świecie”. Cieszyły mnie te spojrzenia, wyzwalały we mnie poczucie dumy, gdyż swoim podziwem uznawały coś, co ceniłem i kochałem najbardziej.
Obserwowałem je w wielu momentach, podpatrywałem ich ruch i to jak żyją swoim ukrywanym pasmem interesujących odruchów. Zawsze odnosiłem wrażenie, że tylko ja dostrzegam ich życie, choć przynajmniej nie ja jeden widziałem je lśniące w słońcu, opierające się wiatrowi, mokre deszczem. Właśnie, opierały się wiatrowi, przeciwstawiały się podmuchowi z całą siłą swego istnienia: grube, walczyły o swoje piękno. Czasem jednak przegrywały, układały się tak jak podyktował wiatr – wstrząśnięte, że muszą, że nie robią co chcą -  zajaśniały, nieraz widziałem jak zajaśniały na moment, ze zdwojoną siłą, rzekłbyś – złe! Częstszym jednak wynikiem walki z niewidzialnym przeciwnikiem, był swego rodzaju kompromis: zasadnicza linia włosów pozostawała niezmieniona – tylko te najbardziej zewnętrzne powiewały leciutko, milczące już teraz i powolne.
Ale o ile sprzeciwiały się dzielnie podmuchom wiatru, o tyle sprzyjały wodzie. Widać też było, że woda jest im potrzebna. Tak jak wszystkim stworzeniom... do życia. Jak jednak różnie ją wchłaniały! Kropelki wody, które spadły z deszczu, stawały się za ich przyczyną srebrzyste, stawały się najbardziej właściwą biżuterią. To trwało zaledwie kilka chwil, taki był szczęśliwy los pierwszych kropel; te co spadły po nich, wszystko tracąc na znaczeniu swojej obecności, zagłębiały się niżej i niżej osiągając na pocieszenie białą skórę. Znowu nie jestem wcale taki pewny, czy na zewnątrz pozostawały stale te same krople?! Nie, być może spadłe niedawno zaświecą chwilę, nie więcej i ustąpią miejsca następnym, że po prostu ruch ten jest cyrkulacją, być może... ale bądźcie pewni, włosy zawsze w każdej chwili umiały zadbać o to, by kropelki wody swoją srebrną mową sławiły ich wiadome, piękne istnienie. W ogóle dziwna była ta ich troska o siebie; świeciły konkurencyjnie, jakby prześcigały się, który ładniej zalśni, wszystkie równej długości, a więc o równych szansach – jak na zawodach sportowych. Walczyły o swój wygląd w kierunku nie tylko na jasność i blask, ale i na maksymalne podobieństwo z kolorem starego, dobrego złota...
Andrzej B.Czulda
Łódź 1980


WSPOMNIENIA Z DALEKA...

Jest głęboka letnia noc, za oknem osiada duszny lipcowy mrok, gdy oddaję się wspomnieniom. Widocznie atmosfera nocy, która snuje się wokół mnie i elektroniczna spokojna muzyka, nastraja mnie lirycznie. Dębno... Tutaj należy jednak, dodać szybko przymiotnik: lubuskie, gdyż miejscowości o nazwie Dębno jest więcej.

A więc Dębno Lubuskie: „Małe, senne miasteczko gdzieś na Pojezierzu Myśliborskim, nieopodal Gorzowa Wielkopolskiego. Jego dawna historia ginie gdzieś w pomroce dziejów, w zagubionych przez zawieruchy dokumentach”. Tak zaczyna się streszczenie filmu, który realizowałem o tym przemiłym miasteczku w 1984 roku „Dębno Lubuskie w czterdziestoleciu PRL”. I o ile się nie mylę, był to pierwszy film o tym miasteczku. Gdybym wtedy wiedział tyle, co wiem dziś o Dębnie ? No cóż... gdyby!? Muszę przyznać, że aktualnie jestem nieźle zorientowany w dniu dzisiejszym Dębna, a to za sprawą wspaniałego „Merkuriusza Dębnowskiego”, który co miesiąc regularnie dociera do mnie, do dalekiej Łodzi. Czytam go zawsze z zainteresowaniem, starając się jednocześnie w trakcie jego lektury, przywołać w pamięci miejsca w nim opisywane. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że zapewne Dębno zmieniło się w ostatnich czasach bardzo, jak większość zresztą miast w kraju. Ostatnio otrzymałem, wspaniały prezent, a mianowicie album „Neudamm – Dębno przeszłość i teraźniejszość”. Prawdziwa kopalnia wiedzy. O ironio losu! Dopiero w 18 lat po zrobieniu tamtego filmu zobaczyłem i przeczytałem, jak bardzo bogatą historię ma, to małe jednak miasteczko. Muszę tu uczciwie przyznać, że jestem zachwycony, chociaż zachwycić mnie ciężko, gdyż znam historię większości miast w Polsce i nie tylko. Mój filmowy szlak jest bowiem długi i bogaty.
A jednak, do tego „małego, sennego miasteczka gdzieś na Pojezierzu Myśliborskim...’, wspomnienia wracają często. I gdy spotykam członków swojej dawnej ekipy filmowej, która ze mną realizowała ten film, i gdy rozmowa zbacza na filmowe anegdoty i wspominki, zawsze gdzieś przewinie się sympatyczne wspomnienie Dębna, a szczególnie przyjaciół, których tam poznaliśmy. Nie umiem odpowiedzieć dlaczego właśnie to miasteczko tak szczególnie zapadło nam we wspomnienia, a nie inne z setek, a może i dziesiątków setek, do których zawiodły nas filmowe szlaki. Ale coś w tym jest, że właśnie to, a nie inne utkwiło nam tak szczególnie w duszy.
Ostatnio, gdy spotkałem się ze swoim przyjacielem Pawłem Hertlem ( w 1984 roku, był kierownikiem produkcji filmu ), akurat był po urlopie, który spędzał gdzieś tam w Bieszczadach. Nie byłoby może w tym nic godnego opisywania, gdyby nie przypadek, który mi opowiedział. Otóż, gdzieś tam na nocnym biwaku na bieszczadzkich połoninach, gdy dużą grupą siedzieli przy ognisku snując „nocne Polaków rozmowy”, dowiedział się od spotkanego przypadkowo młodego człowieka, że pochodzi on właśnie z Dębna. Co za spotkanie ! W drugim krańcu kraju, gdzieś tam na bezludziu, spotkało się dwóch ludzi: jeden z Łodzi, drugi z Dębna – i nie mogło być inaczej, resztę nocy przegadali razem. O czym ? To chyba jasne!
I gdy tak wspominam tę jego opowieść, to przed oczyma staje mi obraz, jak po raz pierwszy przyjechałem z operatorem Bogdanem Plewczyńskim do nieznanego Dębna, po całonocnej podróży pociągiem, gdzieś tam przez Szczecinek (a czemu nie przez Gorzów, nie wiem). Przez ostatnie godziny podróży dychawiczną kolejką, marzyło nam się tylko jedno, aby zaraz na dworcu w bufecie napić się herbaty. Jaka szkoda, że nie mogę tu pokazać naszych min, gdy zobaczyliśmy wtedy dębnowski dworzec – byłoby co oglądać! Od śmierci z pragnienia, uratowało nas wtedy, bardzo serdeczne powitanie przez, ówczesnego zastępcę naczelnika Stanisława Gontarka, na którego zaproszenie przyjechaliśmy. Gościnność to chyba szczególna cecha Dębna. Ani ja, ani Paweł, ani Bogdan nigdy nie zapomnimy tej gościnności i wielu godzin przegadanych w Bibliotece Publicznej. Uczestniczył w nich też przesympatyczny śp. Bolesław Prengiel, wtedy przewodniczący TMD. Do dziś pamiętam zapach książek i piękne gdańskie meble. Niestety, wiele nazwisk zatarło się w pamięci, chociaż pozostały twarze. To niestety, przywilej przemijającego czasu... A jednak miło, gdy dawny „znajomy” - naczelnik miasta Ryszard Święcicki, dalej zarządza miastem, dziś w nowej rzeczywistości, jako burmistrz. I gdy, znajduję Jego zdjęcie w czerwcowym numerze „Merkuriusza”, widzę, że trochę po latach, posiwiała mu broda. Nie szkodzi Panie Burmistrzu ! Mnie też!
Sporo tych wspomnień... bo i sporo przyjaciół. Pamiętamy też doskonale, jak przywiózł z Łodzi naszą ekipę i potem cały czas obwoził po Dębnie, swoim autokarem Leszek Skrobisz, człowiek wielkiej grzeczności i kultury. Bardzo się z Leszkiem zżyliśmy. Cała nasza ekipa filmowa, została wtedy zaproszona na poprawiny wesela, jego młodszego brata. Pamiętam, jak nasz technik dźwięku Bogusław Kołodziej, wynalazł gdzieś na sali pianino i zaczął przygrywać do tańca. Tak się to obecnym spodobało, że czym prędzej wyłączyli magnetofon i bawili się już dalej przy dźwiękach pianina.
Przypomniało mi się kolejne, bardzo zabawne zdarzenie, związane z okresem realizacji filmu. Mieliśmy któregoś dnia, realizować zdjęcia w Domu Dziennego Pobytu z przebywającymi pensjonariuszami. Była tam wtedy, starsza pani, która koniecznie chciała wystąpić w filmie, a najlepiej kilkakrotnie. I nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że przy każdej nadarzającej się okazji, strasznie mnie o te „role” nagabywała. Nie wiedziałem, jak się mam od tej sympatycznej mimo wszystko pani uwolnić. Jest oczywiście na filmie w całej okazałości, gdy dzierga serwetki w świetlicy. Ale ona chciała wystąpić kilkakrotnie w różnych scenach, przybierając tylko coraz to inne peruki. Na to niestety, nie mogłem się zgodzić. W końcu jednak, nakręconą sceną poczuła się usatysfakcjonowana. Gdy pewnego dnia odpoczywaliśmy na swoich kwaterach, a mieszkaliśmy nad jeziorem w domkach OSiR-u, ktoś z ekipy przybiegł mnie uprzedzić, że przesympatyczna pani zmierza prosto do nas. Bojąc się, że znów zechce mnie prosić o „rolę”, nie czekałem na nią, tylko czym prędzej, czmychnąłem wraz z operatorem Bogdanem Plewczyńskim, przez okno z drugiej strony domku. I wyobraźcie sobie, jak czułem się bardzo zawstydzony, gdy okazało się później, że przyniosła mi w prezencie za swoją rolę w świetlicy, dwie pary własnoręcznie zrobionych na drutach skarpet. A ja zwiałem przed nią dureń, przez okno!
Wiele mamy takich wspomnień, wiele miejsc. Restaurację „Lubuską”, gdzie stołowała się ( i nie tylko ), cała nasza ekipa i obsługujące nas tam sympatyczne dziewczyny. Zaciszny hotelik przy komendzie policji w której po zdjęciach codziennie zamykaliśmy w jednej z cel, nasz drogocenny sprzęt filmowy, Dom Kultury, gdzie zorganizowaliśmy na potrzeby filmu dyskotekę. Ośrodek Sportu i Rekreacji, gdzie mieszkaliśmy, a w wolnych chwilach pływaliśmy na rowerach wodnych po jeziorze. Dożynki wojewódzkie na stadionie, gdy zapalił się nam akumulator do kamery dymiąc strasznie, dzięki czemu brak na filmie momentu uroczystego wręczania chleba wojewodzie.
I nieraz oglądając z Pawłem czy Bogdanem film o Dębnie, zastanawialiśmy się jak potoczyły się losy ludzi, którzy w nim wystąpili. Dzieci z przedszkola, młodzieży z Domu Dziecka czy wspaniałej wokalistki z zespołu ludowego, który nakręciliśmy w parku, a który wmontowałem w dożynkowe uroczystości. Kobiet i dziewczyn sfilmowanych w istniejących wtedy dębnowskich fabrykach, w bibliotece czy też młodej pary, której ślub utrwaliliśmy na filmowej taśmie ? Naszych współpracowników przy realizacji filmu, którzy byli mieszkańcami Dębna; Henia Kuśmierkowskiego, który dzielnie pomagał rozstawiać oświetlenie naszemu mistrzowi oświetlenia, czy też Irenki Wilczyńskiej, z zapałem „klapsującej” każde kręcone ujęcie ?
To musiałoby być arcyciekawe !
Mam też jedno szczególnie drogie mi wspomnienie z Dębna. Wspomnienie szczególne dlatego, że jest jak gdyby docenieniem trudu, który wszyscy włożyliśmy w powstanie tego historycznego już dziś filmu. Było to na uroczystej premierze, która o ile mnie pamięć nie myli, odbyła się w styczniu lub lutym 1985 roku. Przyjechałem wtedy z Łodzi zaproszony przez władze Dębna. Ale nie o samej premierze chciałem pisać. Pamiętam to jak dziś, że po uroczystości podeszła do mnie pani, aby podziękować za film o jej mieście. Powiedziała mi wtedy między innymi: „Bardzo dziękuję, że tak pięknie pokazał pan moje miasteczko, i że spełnił pan moje marzenie. Mieszkam tutaj od urodzenia, ale nigdy nie widziałam Dębna z góry, z lotu ptaka”.
Czyż nie było to najpiękniejsze podziękowanie ?
A jednak, gdy tylko nadarzała się taka okazja, wracaliśmy do Dębna. Ponownie wróciłem tam z jeszcze większą ekipą filmową, a ze mną kierownik produkcji Paweł i operator Bogdan, już w roku następnym. Realizowaliśmy wtedy duży dwuczęściowy film „Sport gorzowski” dla władz Gorzowa, a w nim dużą sekwencję biegu maratońskiego 1985.
Przyjechałem też ponownie z Pawłem Hertlem w kolejnym roku, na cztery krótkie dni urlopu, który spędziliśmy w tym samym domku OSiR-u. To były wspaniałe cztery dni. Zaskoczył nas wtedy ówczesny dyrektor ośrodka Wincenty Berliński, który za nic nie chciał przyjąć od nas zapłaty za pobyt, twierdząc, że byliśmy jego gośćmi.
Wróciłem na trzy dni pod koniec lat osiemdziesiątych, gdy realizowałem duży film historyczny dla TVP i zdjęcia kręciliśmy na rozlewiskach Słońska. Namówiłem kierownika produkcji, abyśmy zamieszkali w domkach OSiR-u. Nie afiszowałem się wtedy, że jestem w Dębnie i dlatego nie wiem, jak o moim pobycie dowiedział się vice naczelnik Stanisław Gontarek, który zaprosił mnie na świetną kawę i przemiłą, długą przyjacielską rozmowę.
Myślę, że głównie właśnie poznani przyjaciele, tworzą nieprzemijającą atmosferę danego miejsca. I wracając w te miejsca, wraca się głównie do nich.
Osiemnaście lat, to jednak szmat czasu. Pozostały wspomnienia, przyjaciele i pożółkłe fotosy filmowe, które wtedy robił bardzo młody człowiek Krzysztof Czarnacki, a także filmowa taśma z filmem o Dębnie w wytwórnianym archiwum. Także ten film na kasecie VHS, którą od czasu do czasu z Pawłem wrzucamy w magnetowid, aby chociaż przez czterdzieści minut poczuć się jakbyśmy znów byli w Dębnie. Wierzymy, że będzie nam dane jeszcze kiedyś przejść się po dębnowskich uliczkach, spotkać przyjaciół, napić się piwa w „Lubuskiej”. Może...
Bardzo chcielibyśmy tu choć na moment wrócić. Najlepiej znów z kamerą....

Andrzej B. Czulda
Łódź – lipiec 2002


ARRIFLEX II C 35 

Nawet nie przypuszczałem ile ciepłych wspomnień wiąże się z tą kamerą, która stała się pewnego rodzaju ikoną dla filmowców, w każdym razie tych starszej generacji. Gdy w 1979 roku zaczynałem swoją zawodową przygodę z filmem była ona podstawowym sprzętem we wszystkich polskich wytwórniach filmowych. Był to ten sprzęt, o który zawsze dbano z największą troskliwością. 
Nim poszedłem w kierunku reżyserii filmowej był w moim życiorysie krótki epizod asystenta operatora, o czym nigdy jakoś do tej pory nie wspominałem. Ale właśnie wtedy nabyłem trudną do przecenienia znajomość kamer i umiejętność posługiwania się nimi. Prawdę mówiąc nie miałem zbyt wielu okazji by osobiście się nią posługiwać, gdyż dość szybko zamieniłem przysłowiowy stołek asystenta operatora na asystenta reżysera, potem II reżysera i w końcu reżysera. Ale chyba moja jakaś tam ograniczona umiejętność posługiwania się tą piękną kamerą była doceniana, bo nadszedł czas, gdy byłem zmuszony stanąć z właściwego jej końca, to znaczy z tyłu i odegrać rolę operatora. Była to końcówka lat osiemdziesiątych. Jako II reżyser pracowałem przy filmie Leszka Skrzydły „Między złotym a srebrnym wiekiem”, do którego zdjęcia realizował znany i ceniony operator Janusz Czecz. Zdarzyło się wtedy, że na dzień przed wyjazdem na dwa dni zdjęciowe, Janusz rozchorował się na tyle poważnie, że nie było mowy o jego udziale. Nie mógł tych zdjęć zrobić też jego asystent Józef Sikora, który robił już samodzielnie zdjęcia do wielu filmów. W tym akurat pechowym momencie wyjechał i nie było jak go ściągnąć. W każdym razie zdarzyło się tak, że ani w całej wytwórni nie można było znaleźć zastępstwa, ani z przyczyn organizacyjnych przełożyć wyjazdu na te zdjęcia. I wtedy Janusz Czecz podjął decyzję, że te zdjęcia zrobię ja i biorąc za mnie pełną odpowiedzialność przekonał do tego pomysłu reżysera Leszka Skrzydło, który nie do końca był przekonany aż do tak dużych moich umiejętności.  Ale innego wyjścia nie było. 
Pojechaliśmy kilkuosobową ekipą do Warszawy. Pierwsze zdjęcia mieliśmy w którymś z muzeów, gdzie musiałem sfilmować wielkie XVI-wieczne, pięknie zdobione mapy, które wymagały oświetlenia tak, by wszystko było równomierne i czytelne. Potem mieliśmy zdjęcia plenerowe na Starym Mieście oraz terenie Zamku Królewskiego. Przyznaję, że wtedy nie denerwowałem się absolutnie zaaferowany pracą, ale za to umierałem ze strachu w kilka dni później, gdy wywołane i skopiowane materiały mieliśmy z całą ekipą oglądać na sali projekcyjnej. Jednak w miarę przeglądania nakręconych materiałów mój oddech wracał do normy, puls się stabilizował, a pełną satysfakcję poczułem, gdy sam Janusz Czecz złożył mi gratulacje. Dołączył do nich także i Leszek Skrzydło. Niebawem nadszedł czas kamer elektronicznych, ale sentyment do Arri IIC 35 pozostał już na zawsze. Jeszcze dziś po wielu, wielu latach bardzo dobrze pamiętam jej charakterystyczny terkot.

                                                                                                                                                        Andrzej B. Czulda - 2011


ARRIFLEX 16 BL

Do tej kamery zawsze mój sentyment był największy. Wydawała mi się nadzwyczaj zgrabna w swojej smukłej sylwetce i wyjątkowo urokliwa. Była kamerą, która w rękach mojego operatora bardzo ładnie sfilmowała mój reżyserski debiut – film „Dębno w 45-leciu PRL” z 1984 roku. Przy drugim moim filmie, który opowiadał o dyscyplinach sportowych ówczesnego województwa gorzowskiego, postanowiliśmy z operatorem zabrać na zdjęcia dwie takie kamery. Ponieważ filmowane różnorodne zawody sportowe wymagały dynamicznych ujęć z różnych miejsc postanowiliśmy, że on jako operator będzie wykonywał wszystkie zdjęcia, a ja będę filmował dodatkowo, gdy zajdzie taka potrzeba. W drugim tygodniu zdjęć nadarzyła się taka okazja, gdy filmowaliśmy odbywające się zawody żużlowe, w których gwiazdą był legendarny żużlowiec Edward Jancarz. Wszystko poszło nam dobrze, mimo tego, że bezowocnie czatowaliśmy na jakiś upadek żużlowców, co znacznie podniosłoby dynamikę filmu. Jak to jednak w życiu przekornie bywa, nic takiego podczas zdjęć się nie wydarzyło. Kraksa nastąpiła dopiero, gdy opuszczaliśmy stadion. To się nazywa mieć przysłowiowego pecha. 
Nie wiedziałem wtedy, że największy pech dopiero przede mną i to taki, który o mało nie spowodował u mnie zawału serca. Było to w jakieś dwa tygodnie później, podczas Międzynarodowego Maratonu w Dębnie Lubuskim. Od rozpoczęcia imprezy dzieliły nas już tylko kwadranse. Kamery mieliśmy rozstawione: jedna kamera na wózku typu „Melex”, która miała jeździć i filmować po trasie maratonu, druga na statywie przy starcie i zarazem mecie. I nagle, gdy wszystko wydawało się takie piękne, okazało się, że nie ma operatora, który zapadł się pod ziemię. Wpadliśmy w lekką panikę, a kierownik produkcji wskoczył w samochód, by go szukać w niewielkim w gruncie rzeczy miasteczku. Pominę dyplomatycznie cały dramatyzm sytuacji i powiem tyle tylko, że dość szybko wyjaśniło się, że operatora nie będzie, gdyż zatruł się czymś na tyle poważnie, że pożytek z niego był żaden. Stanęło na tym, że mieliśmy dwa wyjścia z tej potwornej sytuacji – albo odwołamy zdjęcia tak ważnej imprezy, której w żaden sposób nie da się dla nas powtórzyć w innym terminie, a za co zleceniodawcy urwą nam po prostu głowy, albo zrobię te cholerne zdjęcia sam. Sam z dwóch kamer? Ale czy miałem jakieś wyjście? 
Do dzisiaj zupełnie nie rozumiem, jak mi się tego udało dokonać i to bez żadnej fuszerki. To były piekielne godziny... kilka ujęć z jednej kamery, szybko w samochód, który na pełnym gazie podwoził mnie na trasę, gdzie na „Melexie” była druga kamera, objazd fragmentu trasy i filmowanie zmagań biegaczy, znów samochód i pierwsza kamera, samochód – kamera, kamera na „Melexie” – samochód i tak w kółko, a jeszcze do tego trzeba było pamiętać o ciągłym pomiarze światłomierzem zmieniającego się oświetlenia. Jak tego wszystkiego dokonałem pozostaje dla mnie nieodgadnioną zagadką, ale gdy skończyliśmy zdjęcia, byłem na wpół przytomny, a mokra koszula lepiła mi się do pleców. Byłem głęboko przekonany, że jeżeli nie wszystkie zdjęcia to w przeważającej części nie będą się do niczego nadawały. I jakież było moje radosne zaskoczenie, gdy w dwa tygodnie później zobaczyłem kopię roboczą z wywołanych materiałów Maratonu Dębnowskiego, których  - mówiąc nieskromnie - nie powstydziłaby się większość operatorów.
Gdy w 1994 roku w dużej części likwidowano moją macierzystą Wytwórnię Filmów Oświatowych, sprzedając pracownikom za niewielkie pieniądze niepotrzebny sprzęt filmowy, chciałem kupić kamerę Arriflex 16 BL, tylko po to, by postawić jako miłą pamiątkę u siebie na regale. Niestety, życie zawsze niweluje nasze plany. Nie kupiłem, bo regał okazał się za wysoki  i by kamera się na nim zmieściła - musiałbym wybić dziurę w suficie do sąsiada. Ale z sąsiadem kamerą za nic nie chciałem się dzielić. Za to z sentymentu do tej zgrabnej niczym modelka kamery, przez wiele lat nosiłem jej wizerunek jako logo na swoich zawodowych wizytówkach. Chociaż tyle...

                                                                                                                                                       Andrzej B. Czulda - 2011

 

 

 

 


Project by Betinho
Wszelkie prawa zastrzeżone