Strona główna

Biografia

Filmografia

Z prasy

Inne

Opowiadania

Linki

Kontakt


Andrzej B. Czulda

- Bajki z "Krainy pieców" -

 

NIEZWYKŁA KSIĄŻECZKA
W oświęcimskim obozie rysował wesołe, kolorowe obrazki dla swojego synka


Kiedy zdecydowanym ruchem biorę do ręki tę książeczkę wielkości szkolnego zeszytu – Andrzej Cz. patrzy na to z niepokojem, jakby chodziło o jakiś niezwykle cenny, porcelanowy skarb, który mógłbym skruszyć zbyt gwałtownym ruchem... Przewracając więc ostrożnie kolejne, z lekka pożółkłe kartki, poddaję się najpierw zdumieniu, a potem autentycznemu wzruszeniu, kiedy patrzę na wykonane z niezwykłą pieczołowitością kolorowe obrazki, starannie wykaligrafowane wierszyki i czytam pełną nadziei modlitwę, słowa:
“Czy nie zapomnisz, o dobry Panie,
Sprowadzić ojca z drogi dalekiej?”

Kończą tę niezwykłą bajkę ocaloną z “krainy pieców”.


Dzieci spalono, książki ocalały...
Kiedy wertowałem udostępnione mi przez Andrzeja Cz. dotyczące tej sprawy dokumenty, listy, relacje – okazało się, że cała historia bajek “z krainy pieców” zaczyna się od śmierci żydowskich dzieci – zagazowanych, a potem spalonych w piecach Oświęcimia pod koniec 1942 roku. Wówczas to, jak wspominał przed laty nieżyjący już dzisiaj Eugeniusz Nosal – więzień nr 693 – “przy torach bocznicy kolejowej, wśród różnych rzeczy należących do transportów czeskich Żydów, miernicy z Brzezinki znaleźli także rozmaite bajki dziecinne... Zabrali ze sobą te książeczki i rozdali potem wśród więźniów”.
Dziś, gdy po 57 latach od tamtych strasznych wydarzeń myślę o tym, co działo się wówczas na oświęcimskiej rampie, wydaje mi się, że owe powyrzucane z walizek i toreb książeczki były niczym symboliczne wołanie o pamięć – usłyszane i przekazane przez polskich więźniów. Podjęte z trawy, piachu i błota książeczki żydowskich dzieci ocalały bowiem nie tylko po to, by świadczyć o zagładzie kolejnego transportu. Wywołały współczucie, żal, gniew, strach, ale także coś więcej.
Znaczna część owych uratowanych przed zniszczeniem bajek znalazła się wśród więźniów pracujących w obozowym biurze projektowo-budowlanym czyli tzw. “Baubiuro-Bauleitung”. Było ono jednym z pierwszych oświęcimskich komand, a zatrudniano w nim więźniów – techników i inżynierów. Pod nadzorem esesmanów opracowywali plany techniczne różnych obiektów obozowych. Podobnie jak w całym obozie, , także i tu praca nie gwarantowała bezpieczeństwa. Nie przysługiwało też za nią lepsze niż wydawane oficjalnie wyżywienie, a w stosunku do innych obozowych komand “Baubiuro” charakteryzowało się szczególnie wysoką śmiertelnością. Z 400 zatrudnionych tu fachowców tylko 50 doczekało wolności.

Więzień nr 159452
Pracownicy “Baubiura” mieli jednak dostęp do kartonów, farb wodnych, przyborów kreślarskich i to wśród nich znaleźli się ludzie, którzy zamiast myśleć o zdobyciu dodatkowej racji chleba czy zupy, o przetrwaniu za wszelką cenę – podjęli ryzyko oskarżenia o sabotaż, narażając się na śmierć, ciężkie pobicie lub tortury. Postanowili bowiem w największej konspiracji zająć się czymś tak karygodnym z punktu widzenia esesmanów i potrzeb III Rzeszy jak... pisanie i rysowanie wesołych historyjek dla swoich pozostawionych w domu dzieci. Inspiracją i wzorem dla tego przedsięwzięcia, w które zaangażowało się kilkunastu więźniów, były właśnie ocalone ze wspomnianego transportu, książeczki żydowskich dzieci.
W początkach 1943 roku, więźniowie “Baubiura” kopiowali i powielali te rysunki, robili specjalne szablony, a potem rozdawali je wśród wtajemniczonych kolegów, którzy malowali już samodzielnie swoje bajeczki. Powstało ich kilka rodzajów, a jedną z nich były “Przygody czarnego kurczątka”, do której tekst napisał więzień nr 132201 – nieżyjący już dzisiaj Stanisław Bęć. Inny więzień – inż. arch. Henryk Czulda (łodzianin, który pozostawił w domu żonę z maleńkim synkiem) postanowił nie korzystać z żadnych szablonów i dołączyć do tego tekstu własne rysunki.
Oglądając strona po stronie tę niezwykłą książeczkę, nie od razu mogłem pojąć, jak za drutami obozu zagłady można było stworzyć coś tak radosnego i pogodnego? Te kurczątka, motyle, łąki i lasy? Ile wiary i nadziei trzeba było w sobie ocalić, aby – wbrew ogarniającej codziennie człowieka rozpaczy – móc rysować wesołe, kolorowe obrazki. I to wtedy (a może właśnie dlatego!) gdy za ścianą baraku leżały zwłoki ludzkie, a kominy krematorium dymiły niemal bez przerwy...? A jednak właśnie w tej koszmarnej obozowej rzeczywistości – wbrew niej i czającemu się za plecami więźnia nr 159452 strachowi – powstała ta unikalna książeczka.

“W nieznane – na niewiadomy los...”
Ocalona z “czasów pogardy”, kolorowa bajka z “krainy pieców”, leżała przede mną przez cały czas pisania tego tekstu. Przeszła wiele, zanim dotarła do adresata, a jej autor – który zdawał sobie sprawę, że każdy dzień w obozie może być dla niego dniem ostatnim – w przesyłanym do domu grypsie pisał: “Najdroższy mój synku! Nie wiem czy wyjdę żywy z obozu śmierci, nie wiem czy Bóg pozwoli mi jeszcze zobaczyć Ciebie, Twoją Mamusię i moich najbliższych... Nie wiem, czy ta bajka dojdzie kiedyś do Twoich rączek...”
W październiku 1944 r. więźnia nr 159452 wywieziono do Gross-Rosen, Buchenwaldu i Dachau. O tej obozowej tułaczce Henryk Czulda pisał tak: “Poszliśmy w nieznane, na niewiadomy los! Odebrano nam cały skromny majątek więźnia... Ale bajeczka dla Ciebie i fotografie z domu ocalały. Byłem, Zbysiu, w 6 obozach, straciłem wszystko, przeszedłem wiele rewizji, ale bajeczkę dla Ciebie zawsze udało mi się przemycić – a to podstępem, a to prośbą, a to za kawałek chleba. Chroniłem ją jak skarb największy i wtedy nawet kiedy już umierałem z głodu i wyczerpania, kiedy traciłem nadzieję, że Cię znów ujrzę kiedykolwiek – miałem ją pod głową i prosiłem kolegów współwięźniów, aby Ci ją doręczyli, gdyby nie było mi sądzone wytrzymać tej niesamowicie koszmarnej gehenny...”
Los nie chciał jednak, aby bajka “z krainy pieców” była prezentem niedoręczonym lub ostatnim. W kwietniu 1945 r. w filii obozu w Dachau, Henryk Czulda doczekał się wyzwolenia przez wojska amerykańskie, a potem jednym z pierwszych transportów jadących do Polski powrócił do Łodzi. Mały Zbyszek dostał swoją niezwykła książeczkę 19 sierpnia 1945 roku. Dziś, po tylu latach jej stronice pożółkły, ale kolory rysunków są nadal urzekająco żywe. Jak mówi przechowujący ją ze szczególnym pietyzmem młodszy brat Zbigniewa Czuldy – Andrzej:
“To tylko bajka, ale w naszej rodzinie była to – i zawsze będzie – bajka wyjątkowa i bezcenna. A chociaż pochodzi z najsmutniejszego miejsca na świecie, ma jednak najpiękniejsze na świecie zakończenie...”
ZDZISŁAW SZCZEPANIAK

 

 

 

 


Project by Betinho
Wszelkie prawa zastrzeżone